środa, 24 listopada 2010

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami

Jak powszechnie wiadomo z publikacji prasowych, ateizm współczesny wie, a nie wierzy. Wiadomo też, że jest fajniejszy od każdego teizmu, bo mu po drodze z nauką. Wie czym różni się energia potencjalna, od kinetycznej, jakie oddziaływania unifikuje model standardowy, jak teoria ewolucji nazywa wspólne apomorfie. Prawda, że to oczywiste dla każdego wojującego, zbrojnego w światopogląd naukowy, ateisty? Prostacko-medialny i antyklerykalny, w odróżnieniu od tego świadomego, ateizm brzydzi się informacjami niesprawdzonymi i podanymi do wierzenia. To domena teistów, czyli owieczek z mózgami przeoranymi rojeniami i bajeczkami o latających czajniczkach. Tym się różni od zindoktrynowanych wierzących, że jego wiedza jest naukowa, zweryfikowana, oraz metodologicznie sprawdzona. O-bie-k-ty-wna! Żadnych dogmatów.

Wie też, że nauka od zawsze była w konflikcie z wiarą, na co może zaserwować od ręki mnóstwo przykładów. I ową wiedzę zaprezentował twórca artykułu o szokującym wyznaniu Hawkinga, że Boga nie ma zamieszczonego w Newsweeku pt. Zbędny Bóg. Kiedy szok już minie, a duszności ustąpią, zdruzgotany czytelnik może poszerzyć swe horyzonty o wyodrębniony z głównego tekstu fragment , w formie ramki, zatytułowany Nie do wiary . Przedstawia on w skrócie historię ciemiężonej nauki, będącą w ciągłym konflikcie z wiarą.

Warto przyjrzeć się mu bliżej, bo jest w paru przypadkach zbiorem klasycznych zarzutów ateizmu wojującego, a ten, jak już wspomniano, brzydzi się dogmatami, nie podaje nic do wierzenia i nie opiera się na pozanaukowych plotach i oszczerstwach.

1600. Na stosie ginie Giordano Bruno - filozof i naukowiec uznany za heretyka. Głosi za Kopernikiem, że Ziemia krąży wokół Słońca, a nie odwrotnie, ale też idzie o krok dalej. Wbrew doktrynie Kościoła i poglądom polskiego astronoma uważa, że wszechświat jest nieskończony. Twierdzi ponadto, że Jezus był człowiekiem, a nie Bogiem.

Konia z rzędem plus kostka cukru dla tego, kto poda jakiekolwiek dzieło naukowe Bruno. Jakikolwiek traktat metodologicznie zgodny z wartościami na jakich ufundowana została nauka nowożytna. To, że Bruno był naukowcem, funkcjonuje w popkulturze jako oczywista oczywistość i weszło do słownika współczesnego inteligenta. A skoro weszło i namaszczone zostało światopoglądem naukowym, to z definicji wyłącza już wszelkie procesy myślowe, które niepotrzebnie obciążałyby cenny, bowiem nie obarczony religijnymi rojeniami, umysł (to nie złośliwość - to dosłowny cytat pewnego posiadacza owego rozumu).

Kiedy Giordano Bruno rusza w turnee po Europie, rodzące się nauki przyrodnicze miały już swoich przedstawicieli w osobach Kopernika, Brache, Keplera, czy Galileusza. Choć nie do końca wyzwoleni z mentalnych uwarunkowań swoich czasów (co na dobrą sprawę nastąpiło po śmierci Newtona), zaliczani są do fundatorów nowoczesnego stylu uprawiania nauki.
O sukcesie ich badań, które ostatecznie pogrążyły arystotelesowski sposób patrzenia na rzeczywistość, zadecydowały założenia wstępne.

Najważniejsze z nich to uznanie matematyczności przyrody, rozumianej jako umiejętność matematycznego jej opisu. To kolejny krok po dostrzeżeniu jej racjonalności, co czyniono na długo przed Kopernikiem ( np. model Wszechświata składający się ze świata nad i podksiężycowego, ze swoimi 7 sferami był logiczny i zgodny “codziennymi doświadczeniami”).

Nastąpiło rewolucyjne przejście z modeli opisowych, bazujących na jakości, do modelu matematycznego - ilościowego. Model matematyczny w przeciwieństwie do jakościowego zaczął “liczyć”, zamiast opisywać, zaczął “działać” dając przewidywania, zamiast dopasowywać się sztucznie do kolejnych obserwacji. Matematyka stała się fundatorką naukowej rewolucji. W połączeniu z obserwacją natury, dała ludzkości potężny oręż i zaowocowała niebywałym skokiem technologicznym.

A jak postrzegał matematykę naukowiec Jordano Bruno? Na czym opierał swój ogląd rzeczywistości? Na pewno nie na matematyce. Tej bowiem nie akceptował i odmawiał jej jakiejkolwiek wartości! W dziele La cenna delle ceneri wprost stwierdza, że ma za złe Kopernikowi, że ten miast filozofować nad naturą, bawi się w matematyka, idąc w ślady Ptolemeusza, Hipparchusa i Eudoksosa. Jego niesmak związany z matematyką wynikał z przyjętej ontologii. Dał temu wyraz w trzech traktatach kosmologicznych: De l’infinito universo e mondi, De la causa principio, e uno, oraz wspomianych Cena. Kreśli tam wizję “nowej filozofii”, swoiście neoplatońskiej, w której absolutnie nieskończony (“cały nieskończony” i “absolutnie nieskończony”) Bóg, z racji swoich przymiotów nie pozostaje w żadnej relacji do świata materialnego. A skoro nie pozostaje, to nieskończony świat będący “cieniem Boga” jest nie do ogarnięcia przez skończonego człowieka narzędziami intelektu. Jedyne co mu pozostaje to próba jego ogarnięcia rozumem spekulatywnym, intelektem metafizycznym przez który poznajemy “substancje” i “natury rzeczy”. Czynimy to albo przez wrodzone idee, albo przez sylogizmy zawarte w pierwotnych przesłankach. Rozpoznamy tedy “materię cielesną”, oraz “materię bezcielesną”, zrozumiemy, że ziemia posiada zmysłową i rozumną duszę, uświadomimy sobie, że planety to anioły, oraz, że istnieje reinkarnacja, a zmysły i obserwacja na nie za wiele nam się zdadzą, “nieskończoność bowiem nie może być przedmiotem percepcji zmysłowej” ( De l’infinito ...).

Jeżeli taki tok rozumowania nie kojarzy się zbytnio z kolegami - naukowcami Bruno np. Keplerem, który poprzez żmudne obliczenia matematyczne, odrzuca “dusze planet” zastępując je magnetyzmem Słońca i orbitami eliptycznymi, to dobrze się nie kojarzy.

Kolejną ważną wartością na jakiej opierała się nauka nowożytna to założenie idealizacji, aproksymacji, uproszczenia, wyizolowania pewnych struktur, w celu ich modelowania. A po ludzku - nie bierzemy się za bary ze światem z całą jego złożonością, bo podążymy drogą Arystotelesa - aspekt naukowy odgórnie podporządkowany zostanie systemowi filozoficznemu. A cała fizykalność legnie pod ciężarem chęci ogarnięcia całości (sprzyjały temu podatne na modyfikacje zasady filozoficzne jego systemu z takimi terminami jak potencjalność, materia i forma, cztery elementy, doktryna o miejscu naturalnym itd ).
Podążamy inną ścieżką - zaczynamy od maksymalnego uproszczenia fragmentu rzeczywistości, dopasowując problem do metody, a nie problem do filozofii ( Newton).

Jak ma się do tego założenia dorobek naukowy Bruno? Nijak. A konkretnie - dokładnie odwrotnie. Jako twórca “nowej filozofii”, odnowiciel “tajemnej”, “inicjacyjnej”, “magicznej” wiedzy, dającej mu władze nad ludźmi, jawi się jako “mag-filozof” korzystający z “klucza fizjonomicznego” (Cantus circeus) , “‘anioł światłości’ zesłany przez bogów aby przywrócić dawną mądrość, aby ‘przywrócić’ młodość światu, wiążąc w jeden węzeł ‘prawo’, ‘prawdę’, religię, politykę i filozofię” (Dialoghi italiani). Metodologicznie kontynuuje w najlepsze magiczno-wróżbiarskie tradycje gnostyckie i egipskie, a fundament wartości na jakich rodzi się współczesna nauka - kontestuje. Jego system posiada te same wady co odchodzący arystotelizm - jest czysto jakościowy, spekulatywny i abstrakcyjny, nijak falsyfikowalny.

Nauka w wykonaniu Bruno byłaby jej ponurym zaprzeczeniem, technicznie zatrzymałaby się w XVII w., z centralną postacią Bruna - mesjasza i ostatecznego dawcy prawa. Żadnych smsów, mejli, komputerów, tylko gołębie pocztowe, bryczki, brud i choroby leczone gnostycznymi obrzędami z modłami zanoszonymi do materii “uniwersalnej” mającej twórczą moc zmiany.

Skąd zatem owe odium naukowości w twórczości Bruna? Podpowiada nam to autor zestawienia - “głosi za Kopernikiem, że Ziemia krąży wokół Słońca”, oraz, “że wszechświat jest nieskończony”.
Jeżeli ów argument świadczyć ma za naukowością, to dochodzimy do skądinąd frapujących wniosków. Np. każdy dzisiejszy fan ewolucji automatycznie staje się naukowcem. Po prostu. Nie musi jej rozumieć, a co zabawniejsze - może kontestować, podobnie jak Bruno, jej narzędzia naukowe (nie akceptować matematyki i genetyki). Wystarczy, że werbalnie się za nią opowie. I voila - już wypada poszukać mu tytułu naukowego.
Taki tok rozumowania towarzyszy przypinaniu Giordano Bruno łatki naukowca. Bruno przyjmuje teorię Kopernika, nie dlatego, że zrozumiał jej matematyczną błyskotliwość (jego egzemplarz O obrotach... choć zamaszyście podpisany nie nosi żadnych śladów użytkowania np. marginaliów, typowych dla czytających). Ani, że potwierdził ją empirycznie. Jako krytyk matematyków, część uzasadniająca teorię zupełnie go nie interesuje. Traktuje ją czysto instrumentalnie - ruch obiegowy i obrotowy Ziemi pasuje mu doskonale do jego filozofii ciągłej zmiany materii (La cena...). Do atomizmu, jaki wyznawał.
I tyle.

Bruno nie jest naukowym orędownikiem heliocentryzmu - jest jej gnostyczno-magicznym fanboyem. Bez wiedzy merytorycznej i bez jakiś pretensji do jej udowadniania.

Kolejny element - “nieskonczoność wszechświata” - ma się podobnie. Nieskonczoność wynikała nie z aspiracji naukowych Bruna, to nie nieskończoność matematyczna, ale magiczno-hermetyczna. Czysta werbalna zbieżność słowa “nieskończoność” w dzisiejszej astronomii i mitach Bruna świadczy nie o naukowych konotacjach naszego maga, ale o ignorancji osób, które wynoszą go na naukowy piedestał.
Tym bardziej, że Giordano Bruno nie był pierwszym, który wprowadził do kosmologii termin “aktualnie nieskończonego wszechświata”. Był nim John Major (zm. 1550 r.) a później Thomas Digges. Tym co różni ich od Bruna, to fakt, że nie byli antyklerykałami i nie zginęli na stosie. Czyli byli nudni.

Będąc konsekwentnym wyznawcą czysto werbalnych zbieżności, wypada status naukowy przyznać w tej historii także Kościołowi katolickiemu, który nie zgadzając się z Brunem, że ciała niebieskie to anioły, czy też z inteligencją Ziemi, jawi się jako zatroskany strażnik prawd naukowych.

Zbitka informacji zaserwowanej w cytowanym fragmencie może też sugerować, że to przez poglądy naukowe Giordano Bruno okrzyknięty został heretykiem. Nic bardziej mylnego. Z ośmiu zarzutów (tzw. cenzur) jakie zostały mu przedstawione z 1599 r, sześć dot. kwestii teologicznych i filozoficznych (pozostałe to ruch Ziemi i nieskończoność wszechświata) . Giordano Bruno jako były dominikanin i zaprzysięgły antyklerykał sądzony był za poglądy niebezpieczne dla ówczesnego status quo, z których element kosmologiczny (jak wspomniano wyżej - swoiście i nie naukowo rozumiany) był drugorzędny.
Oczywiście skazanie kogokolwiek na śmierć za poglądy jest karygodne i godne potępienia. Ale strojenie się w piórka humanisty i moralizatora kompletnie pomija mentalność tamtych czasów, gdzie wiara była ostoją praworządności, sankcjonowała władzę i sprawiedliwość społeczną. Podobnie jak dzisiaj demokracja - za łamanie wartości demokratycznych takich jak wolność człowieka, tolerancja, prawa obywatelskie idzie się do więzienia. W średniowieczu, z jej odmienną hierarchią wartości i brutalnym świeckim sądownictwem (sądy inkwizytorskie się do niego nie umywały) - można było stracić życie. Warto o tym pamiętać, kiedy studiując historię jedne fakty pomija się pełnym wyrozumiałości milczeniem, a drugie wywołują święte oburzenie i moralna zadyszkę.

Wpływ Giordano Bruno na współczesnych był niewielki. Mersenne, jeden z inicjatorów wymiany naukowej z XVII w., wykreślił go ze swojej listy naukowców, nie cenili go za bardzo francuscy encyklopedyści. Sławę zyskuje dopiero w XIX w., na fali antyklerykalnych wystąpień i włoskich aspiracji niepodległościowych.
Oczywiście można go uznać za wizjonera, można podziwiać jego hart ducha i nieugiętość w obliczu śmierci. Ale trzeba też zdobyć się na odrobinę obiektywizmu naukowego i szczerze przyznać, że naukowcem był żadnym. Jego nauki to konglomerat wrożbiarstwa, gnozy i neoplatonizmu. Gdyby nie jego tragiczna śmierć na stosie, podzieliłby los mnóstwa sobie podobnych, których w owych czasach nie brakowało. Zostałby po prostu zapomniany.

1616. Kongregacja Kardynalska Inkwizycji wpisuje do “Indeksu ksiąg zakazanych” “O obrotach sfer niebieskich” Mikołaja Kopernika. Dzieło zostaje uznane za heretyckie, choć początkowo Kościół o książce wydanej w 1543 roku oficjalnie się nie wypowiada.

O obrotach sfer niebieskich nie zostało uznane za heretyckie. Nigdy. To kolejna “prawda oczywista” i podobnie jak “naukowiec Bruno”, czy “płaska Ziemia w średniowiowieczu”, funkcjonuje jako odpowiednik lewitującego czajniczka ateistów. Choć odpowiednik to nieprecyzyjny, w wielu podobnych przypadkach lewituje przynajmniej połowa sprzętów AGD.

Wpisanie danej pozycji na Indeks, w powszechnym mniemaniu, najczęściej kojarzy się z tłumem zaślinionej z nienawiści tłuszczy, palących książki, łącznie z autorem, tajnych kompletach, gdzie uczestnicy, niosący kaganek postępu, ryzykując życiem oddają się, gdzieś w zakonspirowanej, tajnej jaskini Batmana, uduchowionej lekturze. A sama lektura zakazana, potępiona, absolutnie nie do przyjęcia dla zazdrosnego o swe wpływy kleru. Tyle w bajce.

Dzieło Kopernika pojawiając się na liście nie otrzymało ani klauzuli damnata (potępione) ani prohibita (zakazane). Celowo też ( z czego cieszył się w swoich listach Galileusz) nie zostało też nazwane heretycką, jak chciało wielu ówczesnych. Otrzymało trzecią klauzulę- suspensum donec corrigatur, co oznaczało “zawieszenie do czasu wprowadzenia poprawek”. Poprawki dotyczyły skreślenia zdań, które przedstawiały heliocentryzm jako fakt, a nie teorię. Zmian nie wprowadzała tajna policja inkwizytorska, która wpadała o 6 rano, by “nikt się jej nie spodziewał”, wprowadzali je sami posiadacze księgi. Brali pióra i delikatnie, jak np. Galileusz, tak by nie zamazać kreślonego tekstu - stawiali kreskę przy paru zdaniach. Z tym, że niektórym się nie chciało i nikt nie mógł ich zmusić, by się zachciało. Takiemu Galileuszowi, na ten przykład, się chciało. Jego wielu kumplom z Włoch - podobnie (ok. ⅔ ksiąg). Ale cała reszta świata zachodniego kompletnie zignorowała zalecenie, traktując je jako wewnętrzną sprawę włoską. I nie chodzi to o państwa protestanckie - w tak katolickich państwach jak Hiszpania, czy Francja nie znaleziono praktycznie żadnej poprawionej księgi O obrotach... Co więcej, i na złość wielu mitomanom, hiszpańska ( to ta od najgorszej z możliwych - Hiszpańska Inkwizycja) wersja Indeksu, otwarcie pozwala na korzystanie z dzieła Kopernika! Stosy nie zapłonęły. Wywlekania ludzi w samych majtach na rynek, też nie uświadczono.
“O obrotach sfer niebieskich” wypisano z Indeksu w …. 1620 r. cztery lata po jego wpisaniu. Na Indeksie pozostała wersja bez poprawek.

Uprzedzając zarzuty - powyższy wywód to nie próba apologii Kościoła, jego ingerencja była ewidentna. Ale w świetle ówczesnego stanu wiedzy, dominującego paradygmatu filozoficznego, rodzących się dopiero nauk przyrodniczych, kultury autorytetu funcjonującego w tamtym okresie, sprzeciwu ośmieszonego lobby arystotelesowsko-tomistycznego, reformacji - nie wydaje się, by realistyczna była jakakolwiek alternatywa. Nie zmienia to faktu, że pisanie o herezji Kopernika, to jeszcze jedno popkulturowe bajanie, tworzenie rzeczywistości, a nie jej rzetelna rekonstrukcja.

1633. Na dożywotni areszt domowy zostaje skazany przez inkwizycję włoski astronom Galileusz za publikację “Dialogu i dwóch najważniejszych systemach świata - ptolemeuszowym i kopernikowym”, wspierającego heliocentryczną wizję świata. Jego dzieło trafia do “Indeksu ksiąg zakazanych” z którego zostaje usunięte dopiero w 1835 roku.

To ewidentny przykład siłowego wykorzystania autorytetu Kościoła. Galileusz skazany na karę kanoniczną (odmawianie 7 psalmów tygodniowo, które potem odmawia za niego córka), przebywa najpierw w ogrodach ambasady Toskanii w Rzymie, potem w rezydencji swego przyjaciela arcybiskupa Piccolominiego i swojej własnej willi. Tworzy dalej i wydaje, choć jego praca kopernikańska zostaje z oczywistych przyczyn zahamowana. Co do usunięcia jego Dialogu - nie pojawia się w nowym wydaniu Indeksu z 1835 r, ale oficjalnie jego dzieło, za aprobatą Kościoła, wydane zostaje (nakładem drukarni padewskiego seminarium) już 1744 r. - choć opatrzone odpowiednia adnotacją.

Kolejnym wydarzeniem, wedle autora zestawienia, jest pojawienie się Darwina i jego teorii ewolucji. Ferment jaki wówczas powstał, to wedle tekstu, kolejny przykład na napięcia na linii nauka - religia. Przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Ciekawe natomiast prezentuje się kolejne wydarzenie:

1925. Przed sądem stanu Tennesse staje 24-letni nauczyciel John Scopes, oskarżony o niezgodne z prawem nauczanie teorii ewolucji. (...) Obrońca pyta oskarżyciela m.in. o to, skąd Kain wziął żonę, skoro jedyną kobietą na świecie była Ewa. Miało to wykazać niespójność religijnego punktu widzenia (...).

Ciekawym zabiegiem autora jest ukazanie konfliktu nauka - religia na poziomie krytyka Biblii - nauka. Innymi słowy, każdy krytyk Biblii, staje się automatycznie przedstawicielem świata nauki i winien zostać uwieczniony w zestawieniu traktującym o spięciach między nauką i religią. Problem polega na powierzchownym (czyli i o zgrozo - nienaukowym) ujęciu zagadnienia - rzekoma “niespójność religijnego punktu widzenia” jest tylko niespójnością wynikłą z ignornacji z zakresu nauk biblijnych krytykującego. Rzecz jest doskonale wyjaśniona, niespójności nie ma, właśnie dzięki rozwojowi nauki. Powyższy passus powinien zatem zostać umieszczony ramach napięć między nauką a naukowymi dyletantami.

Oczywiście pozostaje problem sądowego orzekania o prawdziwości teorii naukowych. Ale to nie problem nauki i religii, tylko nauki i koncepcji fukcjonowania państwa, która pozwala na mylenie nauk przyrodniczych, z ideologiami, na pomieszania porządku prawnego, publicznego, z elementami światopoglądu i sfery prywatnej. Nie dotyczy to tylko religii, ale wszelakiej maści innych zagadnień, ideologii, koncepcji politycznych itd., które mają szansę wypłynąć na szerokie wody publicznego dyskursu zawsze wtedy, gdy pozwalają na to rozszczelnione, niedookreślone ramy funkcjonowania państwa.

Następny przykład wymieniony w artykule nawiązuje do poprzedniego - wskazanie Freuda, który nawołuje do porzucenia “szkodliwej iluzji religii”, a zastąpienie jej “obrazem umysłu uwikłanego w popędy, lęki i traumy”. To klasyczne pomieszanie poziomów, prywatnego zdania na temat metafizyki, z autorytetem naukowym, który z definicji metafizyką się nie zajmuje. I znowu, jak poprzednio, Freud jest naukowy, bowiem namaszczony został swoim aktem krytyki religii.

1960. Brytyjski uczony Francis Circk (...) uważający się za agnostyka, przyjmuje posadę w Churchill College w Cambridge, pod warunkiem że nie powstanie tam kaplica. Kilka lat później do władz uczelni wpływa darowizna z przeznaczeniem na budowę kaplicy (...). Crick składa rezygnację.

Przypominam - rzecz ma się o wzajemnych napięciach między religią a nauką, a tymczasem kolejny raz serwuje się napięcie między nauką a czyimś światopoglądem. Schemat jest prosty - Mr. Crick nie zgadza się na kaplicę, bowiem najwidoczniej godzi to, w jego mniemaniu, w autorytet nauk przyrodniczych. Skoro jest naukowcem i się nie zgadza, to automatycznie sama nauka, jakiej jest reprezentantem, się nie zgadza. I mamy kolejny konflikt i kolejny punkt w wyliczance religia versus nauka.
I kolejny przykład na ideologiczne rozumienie nauki, w którym myli się (obiektywny) wynik badań naukowych z jej interpretacją w ramach czyjegoś (subiektywnego) światopoglądu. Skoro panu Crick’owi nie odpowiada sfera sacrum, to nie oznacza nic innego, że mu nie odpowiada. Istnienie kaplicy nijak nie wpływa na metodologię badań naukowych. Jako symbol, wpływa natomiast na sferę przekonań dotyczących wiary, lub niewiary. Dowcip polega na tym, że nauka nie tylko nie ocenia zasadności tych konkretnych zagadnień metafizycznych, ona W OGÓLE tego problemu nie dostrzega. W jej metodologii on nie istnieje. Istnieje za to w światopoglądzie. I istnieje w publikacjach mylących ocenę światopoglądową z oceną naukową.

Czy zaserwowanie autorowi przykładu naukowca, któremu postawienie tej kaplicy nie przeszkadza, a wręcz przeciwinie - cieszy, oznacza, że nauka wspiera religię? Ano nie, odpowie zapewne, to dwie oddzielne sprawy. I dobrze odpowie. Zatem dlaczego przykład odwrotny służy jako argument za konfliktem, skoro kontrargument już nie służy, albo też służy tezie odwrotnej? Jaka jest wartość argumentu z czyjegoś światopoglądu, który z definicji zawiera elementy nienaukowe, niesprawdzalne, nieweryfikowalne, bo oparte na metafizyce, ontologii i zagadnieniach epistemologicznych, przyjmowanych na zasadzie wiary? Agnostycyzm pana Cricka podlega weryfikacji naukowej?

Utożsamianie światopoglądu naukowca, z samą metodologią nauk przyrodniczych jest nadużyciem i niezrozumieniem podstaw na jakich została ufundowana. To niezrozumienie daje o sobie znać zawsze wtedy, kiedy np. usiłuje się ludziom wcisnąć, że by posiadać światopogląd naukowy i akceptować teorię ewolucji, trzeba być ateistą, albo, ostatecznie, agnostykiem.

Te niezrozumienia pobrzmiewa także w ostatnim punkcie dot. wydania Boga urojonego Dawkinsa, w którym autor zauważa że “z punktu widzenia nauki istnienie Boga jest niezwykle mało prawdopodobne”. Zacytowany fragment, właśnie z punktu widzenia metodologi badań naukowych jest bełkotem. To teza czysto filozoficzna, nie naukowa, której dodaje się autorytetu, sugerując, że opiera się na naukowych przesłankach. Dawkins jest doskonałym popularyzatorem nauki, ale Bóg urojony nie jest książką naukową, tylko średniej jakości wywodem publicystycznym o tym co się Dawkinsowi wydaje o religii i filozofii. A wydaje mu się często nieprawdziwie, bo albo kiepsko filozofuje, albo, jako osoba inteligentna, doskonale zdaje sobie sprawę z tych braków, ale w ramach “cel uświęca środki” wierzy szczerze w swoją misję, więc pozwala sobie na prostackie uogólnienia i mieszanie poziomów. Wierni i tak to przyjmą bez szemrania i analizy.

Z kronikarskiego obowiązku, należy dodać, że kolejne dwa punkty wyliczanki autora, dotyczą nagród Templetona i przeprosin Jana Pawła II za proces Galileusza.

Co nam zostaje z głośnego wstępu w którym autor pisze, że “współistnienie nauki i religii tylko sporadycznie miało charakter pokojowy”? Spór heliocentryczny i teoria Darwina. Statystycznie dość nietęgo jak na 400 lat nauk nowożytnych. Reszta to konglomerat popkulturowych mitów, oraz niezrozumienia idei nauki.
Lepiej by autor wyszedł, a i objętościowo by się utuczył, gdyby wziął się za napięcia między nauką a ideologiami - np. bolszewicką, czy socjalizmem narodowym. Pole do popisu szerokie, wojna jak się patrzy, ofiary liczne, rozmiar prześladowania nieporównywalny a i w tępionych teoriach można przebierać - od fizyki i kosmologii, genetyki, ekonomii, po językoznawstwo. Tylko, jakby mało to modne, nieciekawe z definicji, prawda?

czwartek, 16 września 2010

Naczelna etyka naczelnych

Parlament Europejski (słusznie) zafrasowany niedolą zwierząt z rzędu naczelnych wprowadza dyrektywę zabraniającą wykorzystywania ich w celach badawczych, a w dłuższej perspektywnie - wyeliminowania ich zupełnie. Goryle, szympansy, oraz insze gibony dumnie podnoszą głowy, prężąc, przygniecione do tej pory kapitalistycznym wyzyskiem, piersi. Blady strach pada na jedyny gatunek z rzędu naczelnych, których ustawodawczy trend pomija. Homo sapiens, ludźmi zwanymi. Pomija słusznie, albowiem ciemiężycieli klasy braci mniejszych, należy się nieuchronna kara. Rękę podniesioną na etyczne standardy UE, UE odrąbie!
A w przerwach między amputacjami, sfinansuje eksploatację zarodków homo sapiens*.

Gnany jednak rewolucyjnym uniesieniem, wypełniony jedynie słusznymi ideami tolerancji, równouporawnienia, poprawności politycznej, zrównoważonego rozwoju, oraz wyrównywania szans, nie mogę biernie przyglądać się mowie nienawiści Parlamentu Europejskiego.

Brak homo sapiens w rzędzie naczelnych dyrektywy to zamach na świeckość urzędów publicznych! Bo cóż spowodowało jego absencję w tak zacnym towarzystwie? Li tylko i wyłącznie motywy religijne, które nie pozwalają na zrównanie człowieka z jakimiś tam małpami. Bo wyposażony w duszę dominuje nad zwierzętami, oraz (o zgrozo) ma panować nad światem. Toż to modelowy przykład dyskryminacji na tle religijnym, oraz faworyzowaniem określonych opcji wyznaniowych! Co z poszkodowanymi ateistami?

Pominiecie sapiensów może mieć też tło ideologiczne - ustawodawca posługując się niesłychanym procederem stygmatyzacji grup wyznających inne wartości, uznał, że człowiek to nie zwierzę, bowiem małpa to uduchowiona, cywilizację tworząca.

Dochodzi do tego także dyskryminacja mniejszości gatunkowych - w grupie naczelnych, pomijany jest tylko jeden gatunek. Co z prawem mniejszości do samostanowienia? Do godnego współistnienia w nowoczesnej społeczności europejskiej? Do reprezentacji? Wstyd.

Jest też i bardziej ponury aspekt skandalicznego usunięcia z rzędu naczelnych. Może okazać się, iż mamy do czynienia wsród tęgich głow strasburgskich ze swoistym rasizmem. Homo sapiens nie został uznany, mimo jego przynależności do naczelnych, bowiem stał się ofiarą dyskryminacji na tle gatunkowym. Parlament Europejski - uznając równość człowieka ze zwierzętami, z niezrozumiałych względów (pewnie go nie lubi) nie wymienił go na równi z resztą naczelnych.

Kto wstawi się za niedolą homosapiensów? Jak walczyć z mową nienawiści międzygatunkowej? Jak obronić się przed homosapiensofobami? Jak wyprosić wsparcie gatunków dominujących w tym ustawodawstwie - gorylów, szympansów i inszych małp, które już mają lepiej?

Może grupa nacisku człekokształtnych wylobbowałaby jakie zmiany?


* UE oczywiście odżegnuje się od finansowania projektów mających na celu tworzenie embrionów w celach stricte badawczych, lub jako rezerwuar komórek macierzystych. Ale owe standardy etyczne przestają mieć znaczenie, jeżeli firma zgłaszająca się po kasę, już takie embriony posiada. Przypomina to trochę rozmowę pasera ze złodziejem:
-Słuchaj, ja ci tego zegarka nie ukradnę, bo to niemoralne, ale jeżeli już mi go przyniesiesz, to wiesz, chętnie za niego zapłacę.
Należy też docenić specyficzne poczucie humoru europosłów - Karta praw podstawowych zapewnia o godności ludzkiej, równości wobec prawa, integralności cielesnej. Analogicznie dostrzega to w orzecznictwie zakazującym wykorzystywania zwierząt, powołując się na ich dobrostan i zadawany ból. Embriony bólu pewnie nie czują, a eksploatowanie ich w celu pozyskania komórek macierzystych nie ma nic wspólnego z ich godnością, ani pewnie nie jest dyskryminowaniem ich równości wobec prawa ze względu na posiadanie owych komórek. O przestrzeganiu Karty praw wspomina z całym pietyzmem orzecznictwo dot. laboratoryjnej eksploatacji zarodków. Boki zrywać.

wtorek, 15 czerwca 2010

Majteczki w kropeczki


Adam Darski aka Nergal, liryczny wykonawca pieśni funeralnych, nagrał swego czasu songa o wdzięcznym tytule "Chwała mordercom Wojciecha". Rzecz jest pełna troski, piętrowych metafor i ogólnej refleksyjnej zadumy nad człowieczą kondycją. "Behemot" jaki jest każdy widzi i generalnie, wiemy czego się spodziewać. Tu zaskoczeń nie ma.

Natomiast ciekawą, postmodernistyczną interpretacją owej pieśni, błysnęła prokuratura krajowa. Umorzyła była śledztwo wszczęte na wniosek urażonego obywatela, któremu nie w smak był tytuł tych kilku, niewinnych, biesiadnych strof. Nękał ów biednego wokalistę z paragrafu o obrazie uczuć religijnych. I tu wkroczyła prokuratura. Oto cóż miała do powiedzenia o podmiocie lirycznym, twórcy, oraz inkryminowanym dziele (za Umorzone śledztwo )

Z prokuratorskiego uzasadnienia decyzji o umorzeniu wynika, że Darski, jako autor tekstu, przekazał "swój osobisty stosunek do Kościoła katolickiego", a to nie jest w Polsce przestępstwo. - Każdy w tym kraju ma prawo wyrażać swój osobisty stosunek do chrześcijaństwa. Nie każda krytyka biskupa i papieża jest tożsama z obrazą uczuć religijnych - dodaje szefowa gdyńskiej prokuratury.

Tyle wykładni prawnej. Prokuratura zatem, oraz społeczeństwo i media (wyrok przeca niezawisłego organu trza respektować), nie będzie miała nic przeciwko jeżeli znany artysta stworzy:

1. Utwór pt. "Chwała mordercom Milka" ( Harvey Milk, jak wiadomo, był politykiem homoseksualistą, znanym z walki o prawa gejów i lesbijek, zamordowanym przez kolegę z rady miejskiej).


2. Oskarżać o homofobię nie będzie, bowiem autor tekstu przekazał swój "swój osobisty stosunek do zjawiska homoseksualizmu".

3. Bo każdy w kraju ma prawo wyrażać swój osobisty stosunek do homoseksualizmu. Prawda?


4.
Bo "Nie każda krytyka homoseksualisty jest tożsama z obrazą homoseksualistów".

5. W tekście można bez przeszkód pisać o zjawisku homoseksualizmu w kontekście "zdradzieckiej bestii", jej panowania przez "pierdolone lata", "ścinanie głowy" np. Biedroniowi, który "rozpościera swoje brudne skrzydła". Cytaty z tekstu utworu.

6. Schemat powyższy można zastosować z powodzeniem do Żydów, Hitlera i nazistów, ekologów itd.


K
onkurs smsowy: jak szybko w prasie i mediach pojawią się pełne oburzenia, histeryczne artykuły na temat homofobii, nietolerancji, szerzenia "mowy nienawiści", tudzież antysemityzmu, w zależności od przykładu. Jak szybko zajmie się tym sąd i rozpocznie się kolejna debata o nietolerancji i zaściankowości. Nie nadążania polskiego społeczeństwa, bo "na zachodzie, ho ho w cywilizacji, takie zachowanie jest nie do pomyślenia".

Nowy, superhiper nowoczesny model tolerancji, w zależności od optyki, naszego piewcę zdefiniuje albo jako wolnomyśliciela (w przypadku antyklerykała), albo jako homofoba (czyli osobnika, któremu nie pasują postulaty gejów), szerzącego "mowę nienawiści" i kwalifikowanego do leczenia. Mechanizm jest ten sam, zmieniają się tylko światopoglądy. A jak wiadomo, mój światopogląd jest lepszy, bo "mójszy". :)

czwartek, 8 kwietnia 2010

....dobry, lepszy, wegetariański




D
o tej pory, w chwilach czarnej zadumy nad kondycją świata, wystarczyła krótka litania do boskiego Ala Gore'a, by przywitać dzień pełnym nowej nadziei. Należałoby tęgo zastanowić się nad ponownym Noblem dla apostoła klimatycznego, bowiem jego ewangelia rodzi już pierwsze owoce - tej zimy temperatura spadła już tyle, że co poniektórzy załapali się na katar.


Problem w tym, że nasz panteon mesjaszy trochę się rozszerza i niedługo kolejny ołtarzyk trza będzie stawiać chyba w przedpokoju.
Do grona zbawców świata dołączają wegetarianie. Nie jacyś tam zwykli wegetarianie, którzy żyją sobie spokojnie i którym należny się taki szacunek jak innym mięsożercom. Wegetarianie z silnym poczuciem misji i nawracania. Słowem - wegetarianie oświeceni.

Podręcznikowym wręcz przykładem zielonego gnostyka jest niejaki Jonathan Safran Foer i jego dzieło "Jedzenie zwierząt". Zaprezentowane owe zostało w artykule o skromnym tytule "Świat uratują wegetarianie" .
Amerykański pisarz, w natłoku złotych myśli których streszczać z braku miejsca nie ma sensu, stawia, między innymi, trzy argumenty przeciwko spożywaniu mięsa.

(...) konsumpcja mięsa na skalę masową narusza fundamentalne prawa zwierząt, które człowiek skazuje na cierpienie i śmierć.

Najwyraźniej wzdęte afrykańskie brzuszki się opatrzyły. Były modne dwie dekady temu. Podobnie jak masowe wyżynanie się bliźnich w dzikich zakątkach globu, o nazwach nie do wymówienia. Ludzie nie skorzystali ze swych fundamentalnych praw, więc są sami sobie winni. Zwierzęta mówić ni skarżyć się nie mogą, zatem teraz należy głośno upominać się o ich fundamentalne prawa.

Konia z rzędem i kostka cukru temu, kto zdefiniuje owe fundamentalne prawa. Co to jest? I gdzie zostały owe ogłoszone? Prawo do życia? Proszę zakomunikować to świni w rzeźni. Prawo do wolności? Niech mister Foer biega ze scyzorykiem od zagrody do zagrody i tnie psie obroże, niech wypuszcza konie i otwiera w misyjnym uniesieniu chlewiki. A potem uniemożliwi (dla ich dobra, rzecz jasna) ich powrót, bo mądre zwierzaki wiedzą gdzie będzie im najlepiej. To może inne fundamentalne prawo - równość wobec prawa? Wolność religijną? Wolnośc zgromadzeń?


Panie Foer - a może po prostu chodzi o godną śmierć, nie katowanie zwierząt i generalnie zapewnienie im życia bez cierpienia? Proszę bardzo, chwalebne to i godne naśladowania, tylko, że to są prawa stanowione. Bo czyż dzikie zwierzęta w przyrodzie nie cierpią, nie katują się, nie są spożywane w bólu i przedśmiertnym przerażeniu? Czyżby natura miała w odbycie ich fundamentalne prawa?


Prawo karze bydlaka katującego konia, czy psa, nie dlatego, że ontycznie są sobie równi (mają te same prawa fundamentalne) tylko dlatego, że taki bydlak przeczy swojemu człowieczeństwu. A za to należy się kara wymierzana wedle prawa stanowionego (różnego w różnych miejscach).
Uczłowieczenie i antropomorfizacja zwierząt doprowadzi do tego, co już widzimy u oszłomów klimatycznych ubóstwiających naturę - odgórne, prawne forsowanie eutanacji i ograniczenie rozrodczości w imię walki o dobrą kondycję pramatki Gai.


To może i atrakcyjne wartości, dla sytych, przytępawych i znudzonych dobrobytem nastolatków, czy przeżywających kryzys wieku średniego, ale nie dla twardo stąpający po ziemi. Tych mierzących się z realnymi problemami.


(...) hodowla przemysłowa prowadzi do degradacji środowiska naturalnego - odchody zwierząt zanieczyszczają wody gruntowe, lasy tropikalne są karczowane pod hodowlę bydła, a do atmosfery przedostają się ogromne ilości metanu emitowane przez bydło i przyśpieszają ocieplenie klimatu. (...)

Witamy zatem w postmięsnym raju wojujących wegetarian.Założmy, że zdecydowana większość mieszkańców Ziemi została wegetarianami (a nawet weganami).

Jako, że 2/3 globu nie nadaje się na uprawy i gwałtownie spada popyt na mięso, rozpoczyna się eksodus ze wsi do miast. Farmerzy masowo sprzedają ziemie inwestorom, a co za tym idzie spada ilość produkowanej żywności.

Pojawiają się monokultury zbóż i roślin strączkowych, co niechybnie prowadzi do wyjałowienia i erozji gleb.
Te ratowane są sztucznymi nawozami do których wyprodukowania jednej tony potrzeba trzech ton ropy naftowej - panie Foer, pan rozumie, że Al Gore może pana za to nie polubić? Niektóre państwa tymczasem uświadamiają sobie, że inwestycja np. w ryż nie należy do najbardziej udanych- ich mieszkańcy masowo chorują na malarię (uprawa ryżu na świecie w roku 1993 spowodowała 155 milionów przypadków malarii poprzez dostarczenie komarom dogodnych dla ich rozwoju terenów) oraz grypę (kontakt człowieka z kaczkami na tych samych ryżowiskach zaowocował 500 milionami przypadków grypy).
Kasę czeszą koncerny farmaceutyczne i te związane ze sztucznymi nawozami. Unia Europejska, zgodnie z zasada poprawności politycznej, nakazuje w trosce o niewiadomokogo (znaczy - wiadomo kogo i nie jest to bynajmniej obywatel UE) odgórne i obowiązkowe limity zakupu nawozów fosforowych, azotowych, potasowych itd. Machina biurokratyczna rusza na całego, teraz, prócz koncernów energetycznych ze szczytującymi energooszczędnie świetlówkami, orgazm przeżywają megakorporacje produkujące chemię dla rolnictwa. Itd.


Na karb nieszczęśliwego zbiegu okoliczności uznać należy przeoczenie pana Foera, w którym zapomniał, że lasy wycina się nie tylko pod hodowlę bydła, ale też dla pól uprawnych. Niech sobie łaskawie przypomni szaleństwo karczowania lasów związanej z hodowlą roślin na biopaliwa, wzrost ceny i powszechny głód w rejonach świata, gdzie "fundamentalne prawa zwierząt" nie wiedzieć czemu, przegrywają z fundamentalnymi prawami ludzi, walczacymi o przetrwanie. Panie Foer, był pan kiedyś naprawdę głodny?
Zamieszanie z biopaliwami to przykład na to, jak odgórnie, stymulowane prawnie konkretne uprawy (czego bylibyśmy świadkami w naszym ekoraju) doprowadziło do ekonomicznego krachu i nadużyć sprytnych rolników, którzy korzystali z głupiego prawa poprawnych politycznie decydentów.

Metan produkuje rolnictwo w znacznych ilościach. To prawda. Ale by głosić z tego powodu tezę o przejściu na wegetarianizm, należałoby, miast pustych ogólników, zaprezentować argumenty, które udowodnią, że ograniczenie pogłowia bydła, zmniejszy zauważalnie temperaturę.
Bo (a może nie jestem na bieżąco?) aktualnie modne jest oskarżanie o to człowieka, a nie biednych zwierzątek. Gdzie podzieją się ich fundamentalne prawa, kiedy zacznie się sztucznie ograniczać ich populację? Gdzie będzie ich wolność do zgromadzeń, godnego życia, prawa posiadania potomstwa? Panie Foer?


Nie od dziś wiadomo, że najlepszym systemem jest rolnictwo mieszane, gdzie hodowla inwentarza doskonale uzupełnia uprawę ("na przykład kury biegające po ogrodzie zjadają owady-szkodniki i jednocześnie dostarczają wysokiej jakości jajek; owce pasące się w sadach eliminują potrzebę stosowania herbicydów, zaś pasące się w zagajnikach i na innych terenach o marginalnym znaczeniu krowy dostarczają pełnego, czystego mleka, czyniąc te tereny ekonomicznie rentownymi dla rolnika. “Mieszane rolnictwo” jest również zdrowsze dla samej gleby, która rodzić będzie większe plony, jeśli będzie się ją traktowało zgodnie z tradycyjnymi zasadami uprawy.").


(...) zła jakość wielu gatunków mięsa ma negatywny wpływ na zdrowie człowieka.

Podobnie jak zła jakość żarcia roślinnego. Żadna to nowość. I żadna odkrycie, że te ostatnie coraz częściej jest wspomagane chemicznie. A i znajdą się przekonujące dowody na to, że czysta dieta wegetariańska wpływa niekorzystnie na rozwój młodego człowieka. Argumentami można się przerzucać, tylko po co?


To tyle argumentów nawróconego Jonathana Safrana Foera. Na zakończenie perełka ilustrująca tytaniczne procesy myślowe jakie zachodzą w szczęśliwie uwolnionym od mięsa mózgu autora:


"Jeżeli ludziom leży na sercu cierpienie zwierząt, powinni zrezygnować z jedzenia jajek, a w trosce o klimat unikać spożywania wołowiny. Dla dobra naszej planety byłoby także korzystne ograniczenie konsumpcji ryb morskich. Decyzja leży w rękach każdego z nas.

Kraść, podbierać, oraz zwijać niecnie jaj nie wolno, bowiem cierpią na tym procederze kwoki (jakie fundamentalne prawo zostało w tym przypadku złamane?). Natomiast zabijać dawców wołowiny nie można, bo cierpli na tym klimat. Ot, słodki, niegroźny relatywizm:) Przy kwestii ograniczenia konsumpcji ryb się poddaję - może one też wydzielają za dużo metanu?

Na pozostałe zarzuty zawarte a artykule odpowiada m. in. ten artykuł, z którego bezczelnie korzystałem "Mity wegetarianizmu" .


Hm.. co dziś na obiad?

środa, 10 lutego 2010

....to mówiłem ja, Jarząbek!


Jestem antysemitą. Takim, co to go trza palcami wytykać, piętnować i kwitować pogardliwym wydymem warg.
Znaczy - wróć! Jestem antysemitą w myśl definicji dialogu polsko-żydowskiego ukutego przez niektóre środowiska. Podobnie jak z nową definicją tolerancji, rozumianej jako obowiązek akceptowania wszystkiego, tak i dialog doczekał się nowego, postępowego, nowoczesnego i nie przystającego do ciemnogrodu znaczenia.

Dialog, proszę ja pani i pana, to takie cuś, że za nic w świecie nie staramy się zrozumieć drugiej strony. Zrozumienie bowiem wymaga autorefleksji i umiejętności konfrontowania własnych wartości z tymi nowymi, a to trudne. Co więcej (i o zgrozo) wymusza zadawanie pytań, często niezbyt wygodnych. A to, w myśl przyjętej wyżej tolerancji - jest już ani chybi zamachem na prawo do posiadania własnej tożsamości i poglądów (umyka jednak subtelne rozróżnienie na prawo do posiadania poglądów i obowiązek, w razie czego, ich obrony).
Po kiego zatem zadawać pytania i dumać, jeżeli można pójść inną drogą.

Dialog zatem to nie wysiłek zrozumienia drugiej strony, ale prostackie i bezkrytyczne przejęcie jej punktu widzenia. W przypadku dialogu polsko-żydowskiego - fani takiego sposobu stawiania sprawy, stają się bardziej żydowscy od samych żydów a sam dialog pojmują jako maszynkę do rozpatrywania roszczeń, a nie szukania wspólnej płaszczyzny porozumienia. Z dialogiem, który opiera się na wzajemności to to nie ma wiele wspólnego.

Ilustracją tego zagadnienia był niedawny wywiad Piotra Pacewicza z naczelnym rabinem Polski "Rabin patrzy na Boże Narodzenie"

Pacewiczowi, mimo usilnych wysiłków, nie udało się przekonać rabina, w jakim to antysemickim bagnie przyszło mu żyć. Nie udało mu się także sprowokować go do krytyki katolicyzmu, co niechybnie połechtałoby otwarte na dialog i tolerancyjne serduszko pana redaktora.
No, ale zobaczmy, jak się ma idea dialogu polsko-żydowskiego w praktyce:

Jak to jest być rabinem w kraju, gdzie wciąż silny jest antysemityzm?

Ano - odpowiada rabin - Polska nie jest krajem antysemickim, to kłamstwo. Problem jest, ale nie ma go co demonizować. To ewidentnie musiało zbić z tropu redaktora Pacewicza, bowiem na dzień dobry nie zyskał poklasku. Jednak brnie dalej niezmordowanie:

Ale czy w innym kraju ktoś mógłby zbezcześcić pamięć miliona ofiar Auschwitz, kradnąc napis "Arbeit macht frei"?

Odpowiedź rabina jest ujmująco i rozbrajająco logiczna - nie, bo napis zawisł w Auschwitz, a ten funkcjonował w Polsce. A jeżeli chodzi o motywy antysemickie stojące za kradzieżą - to nic o tym nie wiemy i za wcześnie na sądy. No i znowu policzek. Na uwagę zasługuje porażająca intelektualnie teza pana redaktora, że w innym kraju napisu by nie skradziono, bowiem na pewno w innych krajach antysemityzm nie występuje, albo tamtejsi antysemici są bardziej taktowni :) Wiadomo - jak antysemityzm to tylko w Polsce (choć jak na złość jednak zleceniodawcą okazał się obcokrajowiec) Co ciekawe - nadgorliwość Pacewicza wpisując się niepostrzeżenie w nurt radykalizmu żydowskiego, objawia się bowiem w sugerowaniu, że albo ofiarami Auschwitz byli tylko żydzi, albo kradzież innym poległym nacjom pamięci nie zbezcześciła (bo się pewnie nie liczyli).

W 2006 roku napadł na pana rabina młody mężczyzna. Krzyknął: "Polska dla Polaków", uderzył pana i prysnął w twarz gazem. Pamiętam, jak zadzwoniłem z prośbą o komentarz do "Gazety", zawstydzony, pełen narodowego poczucia winy. A pan krzyknął do słuchawki: "Jaki antysemityzm? To był chuligan!". I zaczął pan opowiadać, jak chciał go dogonić, by mu oddać.

As z rękawa pana redaktora - tym razem rabin już mu nie wywinie i będzie musiał przyznać, że Polacy to antysemici. I znowu rozczarowanie, rabin kwituje to śmiechem i zaprzeczaniem o antysemickich polskich ciągotkach. Wzrusza także wrażliwość redaktora Pacewicza jego mężna, heroiczna postawa, która nakazuje mu cierpieć i bić się w pierś za miliony antysemickich Polaków. Zuch! Zuch!

Czy to jest głębokie przekonanie pana rabina, czy raczej taktyka, by chwaląc Polaków, skuteczniej przełamywać stereotypy?

Redaktorowi Pacewiczowi w głowie się nie mieści, że żyd może nie uznawać tezy o Polakach antysemitach. Polska to Polska antysemicka, więc skoro jest to dogmat nie wymagający obrony (niechby ktoś poważył się naruszyc jego świętość!), zatem chwalenie Polaków to sprytna taktyka. A skrycie rabin doskonale wie, co wie też redaktor Pacewicz - że Polacy to i tak antysemici.

No, ale skoro z żywym się nie udało, trza skupić się na materii nieożywionej:

Podobno jest wiele problemów, władze lokalne potrafią zniszczyć cmentarz (żydowski - dop. mój), budując wodociąg.

I znowu zawód, niezmordowany nasz rabin odpowiada krótko: nieprawda. Jak widać - żywot dziennikarza to czasem pasmo samych upokorzeń:)

No i stała porcja antyklerykalizmu (swoją drogą Polska to dziwny kraj - antysemitą być nie można, a bycie antyklerykałem to powód do chwały):

Jan Paweł II, który głosił jak chyba nikt wcześniej tę naukę o jednym Bogu Żydów i chrześcijan, jednocześnie żarliwie wierzył w Matkę Boską i w Jezusa Chrystusa. To Żydom nie przeszkadza?

Skoro wierzył, to ani chybi oznacza to, że stawiał Matkę Boską na równi z Jezusem, a więc ubóstwił. Na szczęście redaktor Pacewicz znalazł ostatniego sprawiedliwego, który pogrozi palcem tym odszczepieńcom katolikom. Nie pogroził. Udowadniając, że więcej wie o chrześcijańskich wartościach niż sam uświęcony swoją ideologią Pacewicz.

Na szczęście redaktorowi udało się w końcu wydusić z rabina jakąś "negatywną' nutkę - okazało się, że pojęcie mesjasza w wykonaniu chrześcijańskim i żydowskim nie pokrywa się. Jezus w ujęciu żydowskim mesjaszem być nie mógł, bowiem nastąpiły dwie wojny światowe a potem Holocaust miast czasu dostatku i szczęśliwości. Jest to niewielki fragment z całości wywiadu, w którym rabin Michael Schudrich jawi sie jako otwarty na drugą stronę, wyważony i intelektualnie uczciwy przedstawiciel innej religii. Co zrobił redaktor Pacewicz? Zdanie:

Według chrześcijan Jezus spełnia definicję mesjasza, według Żydów nie. XX wiek to dwie wojny światowe, Holocaust. Od razu widać, że mu się nie udało. Rozmowa z Michaelem Schudrichem, naczelnym rabinem Polski

wywalił na sama górę, zapowiadając i sugerując jednocześnie klimat wywiadu. Pogratulować rzetelności i swoiście pojętej tolerancji.


p.s.

Jest i zgrzyt. W sumie zrozumiały, co nie zmienia faktu, że poniższa wypowiedź rabina jest nieprawdziwa:

- Między judaizmem i chrześcijaństwem nie ma symetrii. Jezus był Żydem. Oczywiście stworzył potem inną wielką religię, ale jej korzenie są w judaizmie. I w tym sensie jeżeli poznaję chrześcijaństwo, muszę poznać judaizm, inaczej nie zrozumiem. A nie jest odwrotnie, bo przecież my nie mamy chrześcijańskich korzeni. A jeżeli jest religia, która chce poznać moją religię i przyznaje, że moja religia to jej korzenie, to mam obowiązek otworzyć drzwi i pomóc w tym.

Symetria jak najbardziej istnieje. Judaizm rabiniczny, wbrew zapewnieniom pana Schudrichema jest chronologicznie późniejszy niż chrześcijaństwo. Powstał jako reakcja na nie i pozostawał w ścisłej opozycji do chrześcijaństwa. Gdyby nie wyznawcy Jezusa, judaizm jaki narodził sie po upadku świątyni, byłby jakościowo zupełnie inny niż obecnie. Bez poznania chrześcijaństwa żydzi nie będą w stanie do końca zrozumieć teraźniejszego judaizmu.
Symetria natomiast dotyczy judaizmu biblijnego - to z niego wyrasta zarówno judaizm rabiniczny, jak i chrześcijaństwo.

Zauważył już to dawno Jan Paweł II mówiąc : "Jesteście naszymi umiłowanymi braćmi i w pewien sposób, można by powiedzieć, naszymi starszymi braćmi". W mediach natomiast owe zdanie zrobiło karierę juz bez słów "i w pewien sposób, można by powiedzieć" co nie pasowało najwyraźniej do kanonów poprawności politycznej.

środa, 13 stycznia 2010

A szczęśliwym numerkiem dzisiaj jest....























W
ożywczym źródełku prawdy obiektywnej, jakim bez wątpienia jest Gazeta Wyborcza, pojawił się nowy nurt. Tyczy się on spraw starych, ale ujętych w nowym aspekcie- rzecz godna dostrzeżenia, zważywszy na dogmatyczne zacięcie panów dziennikarzy.


W skrócie - chodzi o globalne ocieplenie.


Do tej pory światli redaktorzy periodyku, edukowali krnąbrne, harde polskie społeczeństwo wedle prostej recepty. To niecny, godny pożałowania gatunek człowieczy odpowiada za opłakany stan pramatki Gai. Dlaczego? Bo naukowcy tak mówią. Mamy na to niepodważalne dowody. Dlaczego? Bo naukowcy je publikują. Dlaczego są one naukowe? Bo naukowcy są naukowcami, a nie domorosłymi czcicielami teorii spiskowych, czy podrzędnymi dziennikarzynami z konkurencyjnych tytułów.

Teoria wpływu antropocentrycznego CO2 na ocieplenie jest zatem naukowa a więc prawdziwa, naukowym namaszczeniem samych naukowców.


Tylko……co na to sama nauka?


By prawić uczenie o dowodach naukowych i straszyć argumentem z autorytetu („toć to prawda być musi, bo napisał to naukowiec, a co napisał, wydrukował w Nature”), trza pierwej wiedzieć jak funkcjonuje sama nauka.

Ów mechanizm postanowił przybliżyć czytelnikom artykuł „Czy nauka może kłamać”.


I przybliża to rzetelnie – a więc nie traktuje przymiotnika „naukowy” jak magiczną formułę, zaklętą w pyle, którym dmucha w oczy ciemnemu ludowi, przebrany w przepaskę biodrową z powyrywanych stron raportu IPCC, zawodzący świętym oburzeniem dziennikarz - ideowiec.

A więc:


Nauka bowiem nigdy pewności nie daje. Co więcej, wcale nie jest powiedziane, że naukowcy w sprawie ocieplenia klimatu się nie mylą.


Nie daje, bowiem „prawda” w nauce to zupełnie coś innego (zgodność praw w ramach przyjętej teorii), niż „prawda” w filozofii, a więc niepostrzeżenie – także naszym światopoglądzie (mający wydźwięk absolutny i dogmatyczny, bowiem służący budowaniu naszych osobistych, subiektywnych wartości). Podobnie jak i insze pojęcia, jak np. „poznanie”.

No ale jedźmy dalej.

Następnie redaktor zauważa, że naukowcy mogą i wielokrotnie się mylili, że dawali się uwieść owczemu pędowi, że mają uczucia i emocje itd. Sie wie.


Nauka może nie jest idealną metodą badania rzeczywistości i wyrabiania sądów o niej, ale lepszej nie znamy


I znowu wypada się zgodzić – przynajmniej w kwestiach w jakich nauka o rzeczywistości stara się wypowiadać. Jest więc może mechanizmem podatnym na uszkodzenia i różne zwieszki, ale mechanizmem który działa i to całkiem sprawnie. Nauka to zatem fajna sprawa. Sie wie.

I nagle, niespodziewanie na arenę wykładu o nauce wkracza sprawa globalnego ocieplenia.


Raporty Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC) są esencją wszystkich publikowanych prac naukowych dotyczących zmian klimatu (również tych nielicznych, które podważają wpływ człowieka na klimat). To nasza zbiorcza wiedza, jak zawsze niepełna i nie do końca pewna. Ostatni raport ocenia na ponad 90 proc. prawdopodobieństwo tego, że za ocieplenie odpowiedzialna jest emisja CO2 spowodowana działalnością człowieka.


Pytanie do szacownego redaktora mam zatem ja – czy teoria unifikująca cztery podstawowe siły znane nam we wszechświecie, która połączyła dotychczas tylko dwie z nich jest prawdopodobna na 50%? Jak uda się włączyć kolejną to będzie na 75%? Model standardowy cząstek elementarnych - na ile redaktor wylicza prawdopodobieństwo, że jest prawdziwy? Na 95%? Może 87%? I jakie kryterium oceny sobie wyznacza? W przypadku doświadczalnego wykrycia bozonu Higgsa, to teoria owa będzie potwierdzona w 100%? A może 99%? A jeżeli w 100 % (w co zapewne sam autor wątpi) to jak ta ocena ma się do deklaracji, że nigdy pewności mieć nie będziemy?


Czy nauka stawia tezy których prawdziwość szacuje się procentowym rozkładem prawdopodobieństwa? Może autor takowe wskazać?


Czy redaktor nie widzi logicznego suchara w swym rozumowaniu – skoro przyjmuje procentowe prawdopodobieństwo, to musi ustalić naukowe kryterium jego oceny, a te z racji konstrukcji nauki (nigdy pewności mieć nie będziemy) jest sprzeczne z procentowym szacowaniem, ponieważ te opiera się na skończonej i znanej liczbie przypadków, na podstawie której sobie szacujemy. Czyli z elementów, których nie mamy w nauce do dyspozycji. Możemy sobie wyznaczyć prawdopodobieństwo teorii o tym, że rzucając sobie kostką, będzie nam wypadać 5 i 6. Bo znamy ich rozkład. Wiemy ile ścianek ma kostka (przyjmujemy, że 6) – czy wiemy ile ścianek ma kostka klimatyczna? Ile rzutów wykonaliśmy i czy są reprezentacyjne? Czy my w ogóle rzucamy kostkami, a jeżeli rzucamy to iloma? Nie wiemy. I sam autor zdaje sobie sprawę z tego.


Oczywiście możemy przyjąć, że to poetyckie porównanie, pewna metafora, którą IPCC się posługuje, by uzmysłowić skalę zagrożenia. Ale należy pamiętać, że panel ów nie jest gremium naukowym – naukowcy tylko w nim zasiadają, a raporty to dzieło (często zgniłego) kompromisu.


A skoro szacunkowość raportów nie jest naukowa, a wynik to metafora – to po kiego szanowny redaktor pisząc o zaufaniu nauce posiłkuje się metodologią, który z nauką nie ma nic wspólnego? Jego teza by zaufać nauce opiera się na nienaukowym argumencie. Szkoda.


Naukowców zostawmy w spokoju. Niech robią swoje.


Ano właśnie. Zostawmy w spokoju. :)