By nie pozostać w tyle nad Avatarem Dżejmsa Kamerona pochyliła się ostatnio Polityka. W artykule "Avatar: przyszłość bez człowieka" redaktor zdekonstruował metaficzyny fenomen zerojedynkowej sraczki o niebieskich ludzikach.
Wiadomo, jakie jest życie - człowiek zapracowany i przygnieciony do gleby codziennymi obowiązkami, niechybnie przeoczy całe bogactwo intelektualne nowego dzieła Camerona. Nie lękajta się jednak szara, nieczytająca, bezrefleksyjna tłuszczo - w sukurs idzie nam tekst pana Bendyka. Wyłoży on zatem całą prawdę o tym czym jest Avatar - a jest wielopoziomowym, błyskotliwym intertekstualnym traktatem o człowieczej kondycji. Zgani malkontentów, którzy śmiali marudzić na seansie. I zada parę lektur obowiązkowych do domu.
A na początek:
Akcja filmu toczy się na Pandorze, odległej planecie, na którą ludzie przybywają po surowce potrzebne dla dalszego trwania cywilizacji.
Jak się już dekonstruuje motywy i przekaz jakiejś fabuły, to warto wiedzieć, gdzie się owa nie dzieje. A nie dzieje się na planecie Pandora. Pandora to w filmie Camerona nie planeta, tylko księżyc. I tak - czepiam się- ale to jasno wynika z samego filmu. Więc pisze się spory artykuł na temat filmu, którego nie obejrzało się dokładnie. A fe.
Worthington, alias Sully, przeskakuje między swym biologicznym, ludzkim miejscem zamieszkania a wirtualnym ciałem avatara dowodząc, że w XXI w. wszelkie granice, włącznie z międzygatunkowymi, mają jedynie umowny charakter.
Ciało avatara nie jest wirtualne. Jest jak najbardziej materialne, to żywe mięcho, acz niebieskie. Wirtualny, a więc nierzeczywisty, naśladujący tylko rzeczywistość (lub ją na nowo definiujący) jest najwyraźniej słownik pana redaktora i jego pojęcie słowa "wirtualny". A może chodzi o fakt, że Worthington wciela się wirtualnie w postać Sullego? No pięknie - jak zatem odszyfrować znaczenie tego całego, wielokrotnie złożonego zdania? Postmodernistyczna, błyskotliwa gra z czytelnikiem?:)
Postaci bohaterów, zarówno realnych, jak i wirtualnych, pozbawione są jakiejkolwiek psychologicznej głębi, a sama historia oprócz bajkowych wątków przetwarza większość tropów skonsumowanych już wielokrotnie przez kino i kulturę popularną. (...) Niby to wszystko prawda, czy jednak najwspanialsze efekty specjalne wystarczą, by zwabić do kina tłumy widzów, z których, jak policzyli skrzętnie Amerykanie, ponad 60 proc. stanowią ludzie w wieku przekraczającym 25 lat?
Ani chybi, w dalszej kolejności błyskotliwej analizy doczeka się "M jak miłość" którą Dwójka zwabia przed ekrany 8,5 mln ludzi w przedziale wiekowym, podobnym do tego z Avatara (o ile jest prawdziwy). Mam nadzieję, że i tu w fabule autor odnajdzie jakieś antropologiczne i filozoficzne tropy posthumanistyczne.
Swoją drogą, pan Bendyk stara się dowartościować Avatara sugerując, że wali na niego drzwiami i oknami widownia bardziej dojrzała, inteligentniejsza, bo mająca ćwierćwiecze na karku. Panom z Pixara na pewno zrobiło się smutno i poczuli się niedocenieni, bowiem potrafią zainteresować swymi produktami pełną rozpiętość kinomanów- od wnuczka po dziadka. Nie traktując tych najmniejszych jak bezrefleksyjnych idiotów. Jak mawiał klasyk - jak pisać bajki? Tak samo jak dla dorosłych, tylko lepiej:)
Czy James Cameron po to przez dziesiątki lat hodował swoje marzenie i czekał na odpowiedni moment, by w końcu stworzyć kolejną, banalną historię o walce dobra ze złem?
Syndrom liczb dziesiętnych - coś musi być przemyślane i intelektualnie atrakcyjne, bo czekało ileś dziesiąt lat. Film Camerona jest zachwycający, bo ma dziesiąt więcej efektów specjalnych niż pozostałe, jest majstersztykiem, bo ma ileś dziesiąt więcej efektów 3d. Jest monumentalny bo wydano ileś dziesiąt więcej zielonych, niż inne filmy. Jest przełomem, bo jak sam autor powiada: "Ponad połowę materiału filmowego „Avatara” wykreowały komputery, zaledwie 40 proc. ma źródło w „żywej akcji”."
Żyjemy zatem w czasach, gdzie ileś dziesiąt warta akcja PRowa, nauczyła nas myśleć ilościowo, a nie jakościowo.
A jaka jest odpowiedź na powyższe pytanie? Odpowiada sam Cameron - w połowie lat 90. film kosztowałby 400 mln, wiec czekał na rozwój techniki. Banalna historia nie stała się mniej banalna, bo autor czekał aż mu taniej wyjdzie jej opowiedzenie.
Na korzyść Camerona, a przeciwko jego przemądrzałym krytykom przemawiają nie tylko płynące szerokim strumieniem dolary ze sprzedaży biletów.
Powracający argument o ilości widzów, na pierwszym lepszym forum, pryszczaty nastolatek skomentowałby starym, sprawdzonym: "ludzie jedźcie gówno, 100 mld much nie może się mylić." :)
Zresztą, interesująca jest sprawa związana ze sposobem argumentowania z malkontentami, którym film się nie podobał.
Argumenty owe budowane są na dogmatycznym, nie znoszącym sprzeciwu i dyskusji faktu, że ten film musi się podobać (niekoniecznie trza piać z zachwytu, ale trza być kontent po seansie).
Jeżeli się nie podoba, to fan takiego argumentowania nie szuka wad w samym filmie, albo argumentacji oponenta, ale w samym krytykującym - w tym wypadku, że malkontent jest przemądrzały.
To - panie redaktorze jest argument ad personam i w dyskusji to rzecz słaba.
Odbiór filmu można jednak usubtelnić, odwołując się do takich lektur ostatnich lat, jak „Świat bez nas” Alana Weismana, „The Revenge of Gaia” (Zemsta Gai) Jamesa Lovelocka czy „Upadek” Jareda Diamonda.
Toć i to można, sposobem autora, nazwać przemądrzałą nadinterpretacją dzieła Camerona. Usubtelnić w ten sposób można absolutnie wszystkie filmy, każdego gatunku i jakości. Jedyne co potrzeba to odpowiednia liczba przeczytanych książek i powierzchowne, wyjęte z kontekstu podobieństwa.
Tym oto sposobem rysunkowy Kapitan Planeta stanie się personalizacją lęków konsumpcyjnego, dostatniego, zachodniego społeczeństwa walczącym z miazmatami "wybujałego antropocentryzmu" jak mawia autor. A Wojownicze Żółwie Ninja, to przerysowana "redefinicja kultury rozwijającej się od setek lat w paradygmacie humanistycznym." Itd. itp.
Opracowania te burzą pogodny obraz ludzkiej cywilizacji, zbudowanej na biblijnym nakazie, by człowiek czynił sobie ziemię poddaną. Człowiek opuścił raj, przestrzeń boskiej harmonii wolnej od przemocy i namiętności, by w pełni realizować swoją naturę, zdolną zarówno do dobra, jak i zła.
"Przestrzeń boskiej harmonii" nie była wolna od przemocy i namiętności. Wprost przeciwnie - gdyby była wolna, nie pojawiłby się w niej grzech i ostatecznie wyjście i człowiecza tułaczka poza rajem. Człowiek nie "realizuje w pełni swej natury" poza rajem, ponieważ wedle obrazu jaki przytacza autor (a jest to obraz judeochrześcijański), realizować może się w pełni tylko w nim - raju, czyli miejscu, gdzie przebywa z Bogiem. Więc na przekór sugestiom autora, w pełni swą naturę człowiek zrealizował już w raju, co skutkowało jego eksmisją.
Nie wiadomo, skąd jednak wpadło człowiekowi do głowy, że w zamian za utratę raju ma stać się koroną i panem stworzenia, czymś w rodzaju boskiego namiestnika na ziemi.
Wiadomo skąd - z nakazu boskiego, jaki był mu dany w raju. Proste. Jeżeli trzymamy się konwencji judeochrześcijańskiej, to bądźmy konsekwentni i nie udawajmy, ze odpowiedzi nie ma, skoro jest wyłożona wprost.
Wybujały antropocentryzm skutecznie napędzał rozwój ludzkiej cywilizacji, stając się przy okazji podstawą dzielonego dość powszechnie przekonania, że celem istnienia świata jest obsługa człowieka i jego rosnących potrzeb. Oczy przedstawicieli Na’vi, patrzących w filmie Camerona na maszerujących pokonanych ludzi, mówią to, co Weisman, Lovelock i Diamond w swych książkach: przyszłość doskonale obejdzie się bez człowieka.
Oczy przedstawicieli Na'vi patrzących w filmie Camerona na maszerujących pokonanych ludzi mówiły coś zupełnie innego: tylko i wyłącznie dzięki pomocy ludzi (głównego bohatera et consortes) mają jakąkolwiek przyszłość. Zresztą była to scena potwornie naiwna, nielogiczna i prostacka emocjonalnie. Aż dziw, że ktoś na jej podstawie buduje jakieś tezy o człowieczej kondycji.
Nie chodzi bowiem o to, że człowiek zagraża ekosystemowi, on zagraża samemu sobie.
Banalny truizm, którym epatuje nas co drugi horror, film sf czy telewizyjny dramat ekologiczny klasy B, C i D. Tylko w przeciwieństwie do filmu Camerona, nie został nakręcony na dziesiąt i setek milionów i nie udaje, że ma jakiś głębszy przekaz.
Taką krytyką staje się „Avatar”, gdy filmowa opowieść podejmuje kolejne pytania dotyczące istoty natury człowieka i logiki rozwoju ludzkich społeczeństw: czy więcej w człowieku dobra czy zła? Czy dynamika kapitalizmu zależy od jego splotu z chciwością i przemocą, czy też możliwa jest mniej złowieszcza alternatywa?
Motyw poruszany miliony razy przez wszelakiej maści bajki, horrory, dramaty, sensacje, kryminały, filmy społeczne i nie tylko. Co ich różni od dzieła Camerona? Ano- nie powstały za dziesiąt i setek milionów. I nie są w 60% wygenerowane komputerowo.
Frederick Jameson, wybitny amerykański badacz współczesnej kultury, w książce „Archeologies of the Future” (Archeologie przyszłości) przypomina, że jak uczył Ernst Bloch, największy badacz utopijnego myślenia, utopia wyraża marzenie o lepszym świecie. Problem w tym jednak, że marzenie to wraz z budowaną na nim wizją alternatywnego, lepszego świata nie może oderwać się od aktualnej rzeczywistości. Byt, jak po marksowsku kwituje Jameson, określa nie tylko świadomość, lecz także marzenia. Dlatego właśnie próba realizacji utopijnych projektów kończy się zazwyczaj katastrofą, a alternatywa dla rzeczywistości staje się jeszcze gorsza od niej samej. I jednocześnie utopie okazują się przez swoje zakorzenienie w marzeniu niezwykle silnym instrumentem krytyki rzeczywistości.
Taką krytyką staje się „Avatar”,
Długi wywód, który można streścić w: jak człowiek buduje utopię, to zawsze dostanie w dupę. Bardzo to odkrywcze, bardzo świeże i na pewno po raz pierwszy eksploatowane w Avatarze. Pytanie - gdzie w dziele Camerona odnajdziemy motyw nieudanego eksperymentu stworzenia utopii? Bo, że Cameron chciał przedstawić pandoriańską komunę jako utopię - można się zgodzić. Ale ta utopia została w świetle fabuły i zamierzeniu reżysera obroniona. Jak się ma zatem powyższy cytat do treści filmu? Nijak. Za to można się pochwalić znajomością paru pozycji.
Człowiek wyrzucony z Pandory nie ma wyboru: musi wrócić na Ziemię. Przygotowując się do twardego lądowania pozbyć się musi pokusy antropocentryzmu, bo jeśli chce uratować swoje człowieczeństwo i swoją przyszłość, musi się zmienić w ekocentryka.
To jakieś nieporozumienie. Człowiek nie został wyrzucony z Pandory – przynajmniej dzielny nasz wojak się ostał. Przestał być człowiekiem? Ciekawe pytanie.
Powyższa teza budowana jest na straszliwie naiwnej, by nie rzec – dziecinnej scenie z filmu, którą obudowuje się pompatyczną (i modną) ideologią.
Ludzie nie muszą przyjmować postawy ekocentryka, nie muszą wracać na Ziemię – w samym układzie, gdzie tkwi księżyc Pandora, znajdują się inne księżyce gotowe do zamieszkania. Nie musza się zmieniać, by przetrwać, wbrew zapewnieniom autora, który używa wielkich słów, nie zauważając, jak fabularnie i psychologicznie jest to prostacka scena.
To, że ludzie nie muszą się zmieniać, nie likwiduje inszego problemu - czy jest to postawa właściwa.
Nie chodzi przy tym o wyniesienie na sztandary naiwnego ekologizmu. Sprawa jest poważniejsza, bo wymaga głębokiej redefinicji kultury rozwijającej się od setek lat w paradygmacie humanistycznym.
Mimo zapewnień, że nie chodzi o naiwny ekologizm, prócz paru zaklęć pozbawionych treści, autor nie serwuje nic w zamian. Poza tym – paradygmat zawsze będzie humanistyczny, bez tego gatunek homo sapiens nie przetrwa, udawanie, ze można to zmienić, to właśnie utopia.
Coraz trudniej go jednak bronić nie tylko ze względów praktycznych, lecz także w związku z coraz liczniejszymi dowodami, że granice między gatunkami i formami bytu są coraz bardziej płynne, podobnie jak w filmie Camerona płynne są granice między formami rzeczywistości, i jak nieuchwytna jest w istocie bariera dzieląca Ziemian od zamieszkujących Pandorę Na’vi.
Do czasu, aż autor nie przybliży swej myśli z całą odpowiedzialnością można rzec, że to bełkot.
Czy więc projekt stworzenia kultury ekocentrycznej i posthumanistycznej zarazem jest tylko kolejną utopią, której realizacja doprowadzi do katastrofy?
A w filmie doprowadziła do katastrofy? Nie. Skąd zatem pytanie? Nie wiem. Czy film opowiadał o próbie stworzenia kultury ekocentrycznej i poshumanistycznej, która się nie udała? Nie. Skąd zatem pytanie? Nie wiem.
Uczciwiej byłoby, gdyby autor napisał po prostu recenzję wspomnianych wyżej pozycji książkowych, a nie usiłował nadać im szerszy kontekst posiłkując się filmem, który nie ma takich aspiracji.
Scott Derrickson, pracujący nad ekranizacją „Raju utraconego” Johna Miltona, wie już jednak, że film, który trafi na ekrany w 2011 r., wykonany będzie techniką trójwymiarową.
Jest to swoiste smutne podsumowanie całego artykułu. Nie ważne co opowiadasz - bo i tak można to rozgrzeszyć w myśl– wszystko już było. Ważne jest jak opowiadasz, a konkretnie – jak technologicznie jest to zaawansowane. Zawsze można rozgrzeszyć to zaczarowanym – trzeba umieć wykorzystać „potencjał techniczny Fabryki Marzeń”, jak mawia autor.
Strasznie to dołujące.
zjadłeś pan wszystkie rozumy, razem ze swoim.
OdpowiedzUsuń na zawszesentencja ani chybi z demotywatora, powinszować dobrej pamięci i porażającej kreatywności :)
OdpowiedzUsuń na zawsze