środa, 13 stycznia 2010

A szczęśliwym numerkiem dzisiaj jest....























W
ożywczym źródełku prawdy obiektywnej, jakim bez wątpienia jest Gazeta Wyborcza, pojawił się nowy nurt. Tyczy się on spraw starych, ale ujętych w nowym aspekcie- rzecz godna dostrzeżenia, zważywszy na dogmatyczne zacięcie panów dziennikarzy.


W skrócie - chodzi o globalne ocieplenie.


Do tej pory światli redaktorzy periodyku, edukowali krnąbrne, harde polskie społeczeństwo wedle prostej recepty. To niecny, godny pożałowania gatunek człowieczy odpowiada za opłakany stan pramatki Gai. Dlaczego? Bo naukowcy tak mówią. Mamy na to niepodważalne dowody. Dlaczego? Bo naukowcy je publikują. Dlaczego są one naukowe? Bo naukowcy są naukowcami, a nie domorosłymi czcicielami teorii spiskowych, czy podrzędnymi dziennikarzynami z konkurencyjnych tytułów.

Teoria wpływu antropocentrycznego CO2 na ocieplenie jest zatem naukowa a więc prawdziwa, naukowym namaszczeniem samych naukowców.


Tylko……co na to sama nauka?


By prawić uczenie o dowodach naukowych i straszyć argumentem z autorytetu („toć to prawda być musi, bo napisał to naukowiec, a co napisał, wydrukował w Nature”), trza pierwej wiedzieć jak funkcjonuje sama nauka.

Ów mechanizm postanowił przybliżyć czytelnikom artykuł „Czy nauka może kłamać”.


I przybliża to rzetelnie – a więc nie traktuje przymiotnika „naukowy” jak magiczną formułę, zaklętą w pyle, którym dmucha w oczy ciemnemu ludowi, przebrany w przepaskę biodrową z powyrywanych stron raportu IPCC, zawodzący świętym oburzeniem dziennikarz - ideowiec.

A więc:


Nauka bowiem nigdy pewności nie daje. Co więcej, wcale nie jest powiedziane, że naukowcy w sprawie ocieplenia klimatu się nie mylą.


Nie daje, bowiem „prawda” w nauce to zupełnie coś innego (zgodność praw w ramach przyjętej teorii), niż „prawda” w filozofii, a więc niepostrzeżenie – także naszym światopoglądzie (mający wydźwięk absolutny i dogmatyczny, bowiem służący budowaniu naszych osobistych, subiektywnych wartości). Podobnie jak i insze pojęcia, jak np. „poznanie”.

No ale jedźmy dalej.

Następnie redaktor zauważa, że naukowcy mogą i wielokrotnie się mylili, że dawali się uwieść owczemu pędowi, że mają uczucia i emocje itd. Sie wie.


Nauka może nie jest idealną metodą badania rzeczywistości i wyrabiania sądów o niej, ale lepszej nie znamy


I znowu wypada się zgodzić – przynajmniej w kwestiach w jakich nauka o rzeczywistości stara się wypowiadać. Jest więc może mechanizmem podatnym na uszkodzenia i różne zwieszki, ale mechanizmem który działa i to całkiem sprawnie. Nauka to zatem fajna sprawa. Sie wie.

I nagle, niespodziewanie na arenę wykładu o nauce wkracza sprawa globalnego ocieplenia.


Raporty Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC) są esencją wszystkich publikowanych prac naukowych dotyczących zmian klimatu (również tych nielicznych, które podważają wpływ człowieka na klimat). To nasza zbiorcza wiedza, jak zawsze niepełna i nie do końca pewna. Ostatni raport ocenia na ponad 90 proc. prawdopodobieństwo tego, że za ocieplenie odpowiedzialna jest emisja CO2 spowodowana działalnością człowieka.


Pytanie do szacownego redaktora mam zatem ja – czy teoria unifikująca cztery podstawowe siły znane nam we wszechświecie, która połączyła dotychczas tylko dwie z nich jest prawdopodobna na 50%? Jak uda się włączyć kolejną to będzie na 75%? Model standardowy cząstek elementarnych - na ile redaktor wylicza prawdopodobieństwo, że jest prawdziwy? Na 95%? Może 87%? I jakie kryterium oceny sobie wyznacza? W przypadku doświadczalnego wykrycia bozonu Higgsa, to teoria owa będzie potwierdzona w 100%? A może 99%? A jeżeli w 100 % (w co zapewne sam autor wątpi) to jak ta ocena ma się do deklaracji, że nigdy pewności mieć nie będziemy?


Czy nauka stawia tezy których prawdziwość szacuje się procentowym rozkładem prawdopodobieństwa? Może autor takowe wskazać?


Czy redaktor nie widzi logicznego suchara w swym rozumowaniu – skoro przyjmuje procentowe prawdopodobieństwo, to musi ustalić naukowe kryterium jego oceny, a te z racji konstrukcji nauki (nigdy pewności mieć nie będziemy) jest sprzeczne z procentowym szacowaniem, ponieważ te opiera się na skończonej i znanej liczbie przypadków, na podstawie której sobie szacujemy. Czyli z elementów, których nie mamy w nauce do dyspozycji. Możemy sobie wyznaczyć prawdopodobieństwo teorii o tym, że rzucając sobie kostką, będzie nam wypadać 5 i 6. Bo znamy ich rozkład. Wiemy ile ścianek ma kostka (przyjmujemy, że 6) – czy wiemy ile ścianek ma kostka klimatyczna? Ile rzutów wykonaliśmy i czy są reprezentacyjne? Czy my w ogóle rzucamy kostkami, a jeżeli rzucamy to iloma? Nie wiemy. I sam autor zdaje sobie sprawę z tego.


Oczywiście możemy przyjąć, że to poetyckie porównanie, pewna metafora, którą IPCC się posługuje, by uzmysłowić skalę zagrożenia. Ale należy pamiętać, że panel ów nie jest gremium naukowym – naukowcy tylko w nim zasiadają, a raporty to dzieło (często zgniłego) kompromisu.


A skoro szacunkowość raportów nie jest naukowa, a wynik to metafora – to po kiego szanowny redaktor pisząc o zaufaniu nauce posiłkuje się metodologią, który z nauką nie ma nic wspólnego? Jego teza by zaufać nauce opiera się na nienaukowym argumencie. Szkoda.


Naukowców zostawmy w spokoju. Niech robią swoje.


Ano właśnie. Zostawmy w spokoju. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz