Jak powszechnie wiadomo z publikacji prasowych, ateizm współczesny wie, a nie wierzy. Wiadomo też, że jest fajniejszy od każdego teizmu, bo mu po drodze z nauką. Wie czym różni się energia potencjalna, od kinetycznej, jakie oddziaływania unifikuje model standardowy, jak teoria ewolucji nazywa wspólne apomorfie. Prawda, że to oczywiste dla każdego wojującego, zbrojnego w światopogląd naukowy, ateisty? Prostacko-medialny i antyklerykalny, w odróżnieniu od tego świadomego, ateizm brzydzi się informacjami niesprawdzonymi i podanymi do wierzenia. To domena teistów, czyli owieczek z mózgami przeoranymi rojeniami i bajeczkami o latających czajniczkach. Tym się różni od zindoktrynowanych wierzących, że jego wiedza jest naukowa, zweryfikowana, oraz metodologicznie sprawdzona. O-bie-k-ty-wna! Żadnych dogmatów.
Wie też, że nauka od zawsze była w konflikcie z wiarą, na co może zaserwować od ręki mnóstwo przykładów. I ową wiedzę zaprezentował twórca artykułu o szokującym wyznaniu Hawkinga, że Boga nie ma zamieszczonego w Newsweeku pt. Zbędny Bóg. Kiedy szok już minie, a duszności ustąpią, zdruzgotany czytelnik może poszerzyć swe horyzonty o wyodrębniony z głównego tekstu fragment , w formie ramki, zatytułowany Nie do wiary . Przedstawia on w skrócie historię ciemiężonej nauki, będącą w ciągłym konflikcie z wiarą.
Warto przyjrzeć się mu bliżej, bo jest w paru przypadkach zbiorem klasycznych zarzutów ateizmu wojującego, a ten, jak już wspomniano, brzydzi się dogmatami, nie podaje nic do wierzenia i nie opiera się na pozanaukowych plotach i oszczerstwach.
1600. Na stosie ginie Giordano Bruno - filozof i naukowiec uznany za heretyka. Głosi za Kopernikiem, że Ziemia krąży wokół Słońca, a nie odwrotnie, ale też idzie o krok dalej. Wbrew doktrynie Kościoła i poglądom polskiego astronoma uważa, że wszechświat jest nieskończony. Twierdzi ponadto, że Jezus był człowiekiem, a nie Bogiem.
Konia z rzędem plus kostka cukru dla tego, kto poda jakiekolwiek dzieło naukowe Bruno. Jakikolwiek traktat metodologicznie zgodny z wartościami na jakich ufundowana została nauka nowożytna. To, że Bruno był naukowcem, funkcjonuje w popkulturze jako oczywista oczywistość i weszło do słownika współczesnego inteligenta. A skoro weszło i namaszczone zostało światopoglądem naukowym, to z definicji wyłącza już wszelkie procesy myślowe, które niepotrzebnie obciążałyby cenny, bowiem nie obarczony religijnymi rojeniami, umysł (to nie złośliwość - to dosłowny cytat pewnego posiadacza owego rozumu).
Kiedy Giordano Bruno rusza w turnee po Europie, rodzące się nauki przyrodnicze miały już swoich przedstawicieli w osobach Kopernika, Brache, Keplera, czy Galileusza. Choć nie do końca wyzwoleni z mentalnych uwarunkowań swoich czasów (co na dobrą sprawę nastąpiło po śmierci Newtona), zaliczani są do fundatorów nowoczesnego stylu uprawiania nauki.
O sukcesie ich badań, które ostatecznie pogrążyły arystotelesowski sposób patrzenia na rzeczywistość, zadecydowały założenia wstępne.
Najważniejsze z nich to uznanie matematyczności przyrody, rozumianej jako umiejętność matematycznego jej opisu. To kolejny krok po dostrzeżeniu jej racjonalności, co czyniono na długo przed Kopernikiem ( np. model Wszechświata składający się ze świata nad i podksiężycowego, ze swoimi 7 sferami był logiczny i zgodny “codziennymi doświadczeniami”).
Nastąpiło rewolucyjne przejście z modeli opisowych, bazujących na jakości, do modelu matematycznego - ilościowego. Model matematyczny w przeciwieństwie do jakościowego zaczął “liczyć”, zamiast opisywać, zaczął “działać” dając przewidywania, zamiast dopasowywać się sztucznie do kolejnych obserwacji. Matematyka stała się fundatorką naukowej rewolucji. W połączeniu z obserwacją natury, dała ludzkości potężny oręż i zaowocowała niebywałym skokiem technologicznym.
A jak postrzegał matematykę naukowiec Jordano Bruno? Na czym opierał swój ogląd rzeczywistości? Na pewno nie na matematyce. Tej bowiem nie akceptował i odmawiał jej jakiejkolwiek wartości! W dziele La cenna delle ceneri wprost stwierdza, że ma za złe Kopernikowi, że ten miast filozofować nad naturą, bawi się w matematyka, idąc w ślady Ptolemeusza, Hipparchusa i Eudoksosa. Jego niesmak związany z matematyką wynikał z przyjętej ontologii. Dał temu wyraz w trzech traktatach kosmologicznych: De l’infinito universo e mondi, De la causa principio, e uno, oraz wspomianych Cena. Kreśli tam wizję “nowej filozofii”, swoiście neoplatońskiej, w której absolutnie nieskończony (“cały nieskończony” i “absolutnie nieskończony”) Bóg, z racji swoich przymiotów nie pozostaje w żadnej relacji do świata materialnego. A skoro nie pozostaje, to nieskończony świat będący “cieniem Boga” jest nie do ogarnięcia przez skończonego człowieka narzędziami intelektu. Jedyne co mu pozostaje to próba jego ogarnięcia rozumem spekulatywnym, intelektem metafizycznym przez który poznajemy “substancje” i “natury rzeczy”. Czynimy to albo przez wrodzone idee, albo przez sylogizmy zawarte w pierwotnych przesłankach. Rozpoznamy tedy “materię cielesną”, oraz “materię bezcielesną”, zrozumiemy, że ziemia posiada zmysłową i rozumną duszę, uświadomimy sobie, że planety to anioły, oraz, że istnieje reinkarnacja, a zmysły i obserwacja na nie za wiele nam się zdadzą, “nieskończoność bowiem nie może być przedmiotem percepcji zmysłowej” ( De l’infinito ...).
Jeżeli taki tok rozumowania nie kojarzy się zbytnio z kolegami - naukowcami Bruno np. Keplerem, który poprzez żmudne obliczenia matematyczne, odrzuca “dusze planet” zastępując je magnetyzmem Słońca i orbitami eliptycznymi, to dobrze się nie kojarzy.
Kolejną ważną wartością na jakiej opierała się nauka nowożytna to założenie idealizacji, aproksymacji, uproszczenia, wyizolowania pewnych struktur, w celu ich modelowania. A po ludzku - nie bierzemy się za bary ze światem z całą jego złożonością, bo podążymy drogą Arystotelesa - aspekt naukowy odgórnie podporządkowany zostanie systemowi filozoficznemu. A cała fizykalność legnie pod ciężarem chęci ogarnięcia całości (sprzyjały temu podatne na modyfikacje zasady filozoficzne jego systemu z takimi terminami jak potencjalność, materia i forma, cztery elementy, doktryna o miejscu naturalnym itd ).
Podążamy inną ścieżką - zaczynamy od maksymalnego uproszczenia fragmentu rzeczywistości, dopasowując problem do metody, a nie problem do filozofii ( Newton).
Jak ma się do tego założenia dorobek naukowy Bruno? Nijak. A konkretnie - dokładnie odwrotnie. Jako twórca “nowej filozofii”, odnowiciel “tajemnej”, “inicjacyjnej”, “magicznej” wiedzy, dającej mu władze nad ludźmi, jawi się jako “mag-filozof” korzystający z “klucza fizjonomicznego” (Cantus circeus) , “‘anioł światłości’ zesłany przez bogów aby przywrócić dawną mądrość, aby ‘przywrócić’ młodość światu, wiążąc w jeden węzeł ‘prawo’, ‘prawdę’, religię, politykę i filozofię” (Dialoghi italiani). Metodologicznie kontynuuje w najlepsze magiczno-wróżbiarskie tradycje gnostyckie i egipskie, a fundament wartości na jakich rodzi się współczesna nauka - kontestuje. Jego system posiada te same wady co odchodzący arystotelizm - jest czysto jakościowy, spekulatywny i abstrakcyjny, nijak falsyfikowalny.
Nauka w wykonaniu Bruno byłaby jej ponurym zaprzeczeniem, technicznie zatrzymałaby się w XVII w., z centralną postacią Bruna - mesjasza i ostatecznego dawcy prawa. Żadnych smsów, mejli, komputerów, tylko gołębie pocztowe, bryczki, brud i choroby leczone gnostycznymi obrzędami z modłami zanoszonymi do materii “uniwersalnej” mającej twórczą moc zmiany.
Skąd zatem owe odium naukowości w twórczości Bruna? Podpowiada nam to autor zestawienia - “głosi za Kopernikiem, że Ziemia krąży wokół Słońca”, oraz, “że wszechświat jest nieskończony”.
Jeżeli ów argument świadczyć ma za naukowością, to dochodzimy do skądinąd frapujących wniosków. Np. każdy dzisiejszy fan ewolucji automatycznie staje się naukowcem. Po prostu. Nie musi jej rozumieć, a co zabawniejsze - może kontestować, podobnie jak Bruno, jej narzędzia naukowe (nie akceptować matematyki i genetyki). Wystarczy, że werbalnie się za nią opowie. I voila - już wypada poszukać mu tytułu naukowego.
Taki tok rozumowania towarzyszy przypinaniu Giordano Bruno łatki naukowca. Bruno przyjmuje teorię Kopernika, nie dlatego, że zrozumiał jej matematyczną błyskotliwość (jego egzemplarz O obrotach... choć zamaszyście podpisany nie nosi żadnych śladów użytkowania np. marginaliów, typowych dla czytających). Ani, że potwierdził ją empirycznie. Jako krytyk matematyków, część uzasadniająca teorię zupełnie go nie interesuje. Traktuje ją czysto instrumentalnie - ruch obiegowy i obrotowy Ziemi pasuje mu doskonale do jego filozofii ciągłej zmiany materii (La cena...). Do atomizmu, jaki wyznawał.
I tyle.
Bruno nie jest naukowym orędownikiem heliocentryzmu - jest jej gnostyczno-magicznym fanboyem. Bez wiedzy merytorycznej i bez jakiś pretensji do jej udowadniania.
Kolejny element - “nieskonczoność wszechświata” - ma się podobnie. Nieskonczoność wynikała nie z aspiracji naukowych Bruna, to nie nieskończoność matematyczna, ale magiczno-hermetyczna. Czysta werbalna zbieżność słowa “nieskończoność” w dzisiejszej astronomii i mitach Bruna świadczy nie o naukowych konotacjach naszego maga, ale o ignorancji osób, które wynoszą go na naukowy piedestał.
Tym bardziej, że Giordano Bruno nie był pierwszym, który wprowadził do kosmologii termin “aktualnie nieskończonego wszechświata”. Był nim John Major (zm. 1550 r.) a później Thomas Digges. Tym co różni ich od Bruna, to fakt, że nie byli antyklerykałami i nie zginęli na stosie. Czyli byli nudni.
Będąc konsekwentnym wyznawcą czysto werbalnych zbieżności, wypada status naukowy przyznać w tej historii także Kościołowi katolickiemu, który nie zgadzając się z Brunem, że ciała niebieskie to anioły, czy też z inteligencją Ziemi, jawi się jako zatroskany strażnik prawd naukowych.
Zbitka informacji zaserwowanej w cytowanym fragmencie może też sugerować, że to przez poglądy naukowe Giordano Bruno okrzyknięty został heretykiem. Nic bardziej mylnego. Z ośmiu zarzutów (tzw. cenzur) jakie zostały mu przedstawione z 1599 r, sześć dot. kwestii teologicznych i filozoficznych (pozostałe to ruch Ziemi i nieskończoność wszechświata) . Giordano Bruno jako były dominikanin i zaprzysięgły antyklerykał sądzony był za poglądy niebezpieczne dla ówczesnego status quo, z których element kosmologiczny (jak wspomniano wyżej - swoiście i nie naukowo rozumiany) był drugorzędny.
Oczywiście skazanie kogokolwiek na śmierć za poglądy jest karygodne i godne potępienia. Ale strojenie się w piórka humanisty i moralizatora kompletnie pomija mentalność tamtych czasów, gdzie wiara była ostoją praworządności, sankcjonowała władzę i sprawiedliwość społeczną. Podobnie jak dzisiaj demokracja - za łamanie wartości demokratycznych takich jak wolność człowieka, tolerancja, prawa obywatelskie idzie się do więzienia. W średniowieczu, z jej odmienną hierarchią wartości i brutalnym świeckim sądownictwem (sądy inkwizytorskie się do niego nie umywały) - można było stracić życie. Warto o tym pamiętać, kiedy studiując historię jedne fakty pomija się pełnym wyrozumiałości milczeniem, a drugie wywołują święte oburzenie i moralna zadyszkę.
Wpływ Giordano Bruno na współczesnych był niewielki. Mersenne, jeden z inicjatorów wymiany naukowej z XVII w., wykreślił go ze swojej listy naukowców, nie cenili go za bardzo francuscy encyklopedyści. Sławę zyskuje dopiero w XIX w., na fali antyklerykalnych wystąpień i włoskich aspiracji niepodległościowych.
Oczywiście można go uznać za wizjonera, można podziwiać jego hart ducha i nieugiętość w obliczu śmierci. Ale trzeba też zdobyć się na odrobinę obiektywizmu naukowego i szczerze przyznać, że naukowcem był żadnym. Jego nauki to konglomerat wrożbiarstwa, gnozy i neoplatonizmu. Gdyby nie jego tragiczna śmierć na stosie, podzieliłby los mnóstwa sobie podobnych, których w owych czasach nie brakowało. Zostałby po prostu zapomniany.
1616. Kongregacja Kardynalska Inkwizycji wpisuje do “Indeksu ksiąg zakazanych” “O obrotach sfer niebieskich” Mikołaja Kopernika. Dzieło zostaje uznane za heretyckie, choć początkowo Kościół o książce wydanej w 1543 roku oficjalnie się nie wypowiada.
O obrotach sfer niebieskich nie zostało uznane za heretyckie. Nigdy. To kolejna “prawda oczywista” i podobnie jak “naukowiec Bruno”, czy “płaska Ziemia w średniowiowieczu”, funkcjonuje jako odpowiednik lewitującego czajniczka ateistów. Choć odpowiednik to nieprecyzyjny, w wielu podobnych przypadkach lewituje przynajmniej połowa sprzętów AGD.
Wpisanie danej pozycji na Indeks, w powszechnym mniemaniu, najczęściej kojarzy się z tłumem zaślinionej z nienawiści tłuszczy, palących książki, łącznie z autorem, tajnych kompletach, gdzie uczestnicy, niosący kaganek postępu, ryzykując życiem oddają się, gdzieś w zakonspirowanej, tajnej jaskini Batmana, uduchowionej lekturze. A sama lektura zakazana, potępiona, absolutnie nie do przyjęcia dla zazdrosnego o swe wpływy kleru. Tyle w bajce.
Dzieło Kopernika pojawiając się na liście nie otrzymało ani klauzuli damnata (potępione) ani prohibita (zakazane). Celowo też ( z czego cieszył się w swoich listach Galileusz) nie zostało też nazwane heretycką, jak chciało wielu ówczesnych. Otrzymało trzecią klauzulę- suspensum donec corrigatur, co oznaczało “zawieszenie do czasu wprowadzenia poprawek”. Poprawki dotyczyły skreślenia zdań, które przedstawiały heliocentryzm jako fakt, a nie teorię. Zmian nie wprowadzała tajna policja inkwizytorska, która wpadała o 6 rano, by “nikt się jej nie spodziewał”, wprowadzali je sami posiadacze księgi. Brali pióra i delikatnie, jak np. Galileusz, tak by nie zamazać kreślonego tekstu - stawiali kreskę przy paru zdaniach. Z tym, że niektórym się nie chciało i nikt nie mógł ich zmusić, by się zachciało. Takiemu Galileuszowi, na ten przykład, się chciało. Jego wielu kumplom z Włoch - podobnie (ok. ⅔ ksiąg). Ale cała reszta świata zachodniego kompletnie zignorowała zalecenie, traktując je jako wewnętrzną sprawę włoską. I nie chodzi to o państwa protestanckie - w tak katolickich państwach jak Hiszpania, czy Francja nie znaleziono praktycznie żadnej poprawionej księgi O obrotach... Co więcej, i na złość wielu mitomanom, hiszpańska ( to ta od najgorszej z możliwych - Hiszpańska Inkwizycja) wersja Indeksu, otwarcie pozwala na korzystanie z dzieła Kopernika! Stosy nie zapłonęły. Wywlekania ludzi w samych majtach na rynek, też nie uświadczono.
“O obrotach sfer niebieskich” wypisano z Indeksu w …. 1620 r. cztery lata po jego wpisaniu. Na Indeksie pozostała wersja bez poprawek.
Uprzedzając zarzuty - powyższy wywód to nie próba apologii Kościoła, jego ingerencja była ewidentna. Ale w świetle ówczesnego stanu wiedzy, dominującego paradygmatu filozoficznego, rodzących się dopiero nauk przyrodniczych, kultury autorytetu funcjonującego w tamtym okresie, sprzeciwu ośmieszonego lobby arystotelesowsko-tomistycznego, reformacji - nie wydaje się, by realistyczna była jakakolwiek alternatywa. Nie zmienia to faktu, że pisanie o herezji Kopernika, to jeszcze jedno popkulturowe bajanie, tworzenie rzeczywistości, a nie jej rzetelna rekonstrukcja.
1633. Na dożywotni areszt domowy zostaje skazany przez inkwizycję włoski astronom Galileusz za publikację “Dialogu i dwóch najważniejszych systemach świata - ptolemeuszowym i kopernikowym”, wspierającego heliocentryczną wizję świata. Jego dzieło trafia do “Indeksu ksiąg zakazanych” z którego zostaje usunięte dopiero w 1835 roku.
To ewidentny przykład siłowego wykorzystania autorytetu Kościoła. Galileusz skazany na karę kanoniczną (odmawianie 7 psalmów tygodniowo, które potem odmawia za niego córka), przebywa najpierw w ogrodach ambasady Toskanii w Rzymie, potem w rezydencji swego przyjaciela arcybiskupa Piccolominiego i swojej własnej willi. Tworzy dalej i wydaje, choć jego praca kopernikańska zostaje z oczywistych przyczyn zahamowana. Co do usunięcia jego Dialogu - nie pojawia się w nowym wydaniu Indeksu z 1835 r, ale oficjalnie jego dzieło, za aprobatą Kościoła, wydane zostaje (nakładem drukarni padewskiego seminarium) już 1744 r. - choć opatrzone odpowiednia adnotacją.
Kolejnym wydarzeniem, wedle autora zestawienia, jest pojawienie się Darwina i jego teorii ewolucji. Ferment jaki wówczas powstał, to wedle tekstu, kolejny przykład na napięcia na linii nauka - religia. Przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Ciekawe natomiast prezentuje się kolejne wydarzenie:
1925. Przed sądem stanu Tennesse staje 24-letni nauczyciel John Scopes, oskarżony o niezgodne z prawem nauczanie teorii ewolucji. (...) Obrońca pyta oskarżyciela m.in. o to, skąd Kain wziął żonę, skoro jedyną kobietą na świecie była Ewa. Miało to wykazać niespójność religijnego punktu widzenia (...).
Ciekawym zabiegiem autora jest ukazanie konfliktu nauka - religia na poziomie krytyka Biblii - nauka. Innymi słowy, każdy krytyk Biblii, staje się automatycznie przedstawicielem świata nauki i winien zostać uwieczniony w zestawieniu traktującym o spięciach między nauką i religią. Problem polega na powierzchownym (czyli i o zgrozo - nienaukowym) ujęciu zagadnienia - rzekoma “niespójność religijnego punktu widzenia” jest tylko niespójnością wynikłą z ignornacji z zakresu nauk biblijnych krytykującego. Rzecz jest doskonale wyjaśniona, niespójności nie ma, właśnie dzięki rozwojowi nauki. Powyższy passus powinien zatem zostać umieszczony ramach napięć między nauką a naukowymi dyletantami.
Oczywiście pozostaje problem sądowego orzekania o prawdziwości teorii naukowych. Ale to nie problem nauki i religii, tylko nauki i koncepcji fukcjonowania państwa, która pozwala na mylenie nauk przyrodniczych, z ideologiami, na pomieszania porządku prawnego, publicznego, z elementami światopoglądu i sfery prywatnej. Nie dotyczy to tylko religii, ale wszelakiej maści innych zagadnień, ideologii, koncepcji politycznych itd., które mają szansę wypłynąć na szerokie wody publicznego dyskursu zawsze wtedy, gdy pozwalają na to rozszczelnione, niedookreślone ramy funkcjonowania państwa.
Następny przykład wymieniony w artykule nawiązuje do poprzedniego - wskazanie Freuda, który nawołuje do porzucenia “szkodliwej iluzji religii”, a zastąpienie jej “obrazem umysłu uwikłanego w popędy, lęki i traumy”. To klasyczne pomieszanie poziomów, prywatnego zdania na temat metafizyki, z autorytetem naukowym, który z definicji metafizyką się nie zajmuje. I znowu, jak poprzednio, Freud jest naukowy, bowiem namaszczony został swoim aktem krytyki religii.
1960. Brytyjski uczony Francis Circk (...) uważający się za agnostyka, przyjmuje posadę w Churchill College w Cambridge, pod warunkiem że nie powstanie tam kaplica. Kilka lat później do władz uczelni wpływa darowizna z przeznaczeniem na budowę kaplicy (...). Crick składa rezygnację.
Przypominam - rzecz ma się o wzajemnych napięciach między religią a nauką, a tymczasem kolejny raz serwuje się napięcie między nauką a czyimś światopoglądem. Schemat jest prosty - Mr. Crick nie zgadza się na kaplicę, bowiem najwidoczniej godzi to, w jego mniemaniu, w autorytet nauk przyrodniczych. Skoro jest naukowcem i się nie zgadza, to automatycznie sama nauka, jakiej jest reprezentantem, się nie zgadza. I mamy kolejny konflikt i kolejny punkt w wyliczance religia versus nauka.
I kolejny przykład na ideologiczne rozumienie nauki, w którym myli się (obiektywny) wynik badań naukowych z jej interpretacją w ramach czyjegoś (subiektywnego) światopoglądu. Skoro panu Crick’owi nie odpowiada sfera sacrum, to nie oznacza nic innego, że mu nie odpowiada. Istnienie kaplicy nijak nie wpływa na metodologię badań naukowych. Jako symbol, wpływa natomiast na sferę przekonań dotyczących wiary, lub niewiary. Dowcip polega na tym, że nauka nie tylko nie ocenia zasadności tych konkretnych zagadnień metafizycznych, ona W OGÓLE tego problemu nie dostrzega. W jej metodologii on nie istnieje. Istnieje za to w światopoglądzie. I istnieje w publikacjach mylących ocenę światopoglądową z oceną naukową.
Czy zaserwowanie autorowi przykładu naukowca, któremu postawienie tej kaplicy nie przeszkadza, a wręcz przeciwinie - cieszy, oznacza, że nauka wspiera religię? Ano nie, odpowie zapewne, to dwie oddzielne sprawy. I dobrze odpowie. Zatem dlaczego przykład odwrotny służy jako argument za konfliktem, skoro kontrargument już nie służy, albo też służy tezie odwrotnej? Jaka jest wartość argumentu z czyjegoś światopoglądu, który z definicji zawiera elementy nienaukowe, niesprawdzalne, nieweryfikowalne, bo oparte na metafizyce, ontologii i zagadnieniach epistemologicznych, przyjmowanych na zasadzie wiary? Agnostycyzm pana Cricka podlega weryfikacji naukowej?
Utożsamianie światopoglądu naukowca, z samą metodologią nauk przyrodniczych jest nadużyciem i niezrozumieniem podstaw na jakich została ufundowana. To niezrozumienie daje o sobie znać zawsze wtedy, kiedy np. usiłuje się ludziom wcisnąć, że by posiadać światopogląd naukowy i akceptować teorię ewolucji, trzeba być ateistą, albo, ostatecznie, agnostykiem.
Te niezrozumienia pobrzmiewa także w ostatnim punkcie dot. wydania Boga urojonego Dawkinsa, w którym autor zauważa że “z punktu widzenia nauki istnienie Boga jest niezwykle mało prawdopodobne”. Zacytowany fragment, właśnie z punktu widzenia metodologi badań naukowych jest bełkotem. To teza czysto filozoficzna, nie naukowa, której dodaje się autorytetu, sugerując, że opiera się na naukowych przesłankach. Dawkins jest doskonałym popularyzatorem nauki, ale Bóg urojony nie jest książką naukową, tylko średniej jakości wywodem publicystycznym o tym co się Dawkinsowi wydaje o religii i filozofii. A wydaje mu się często nieprawdziwie, bo albo kiepsko filozofuje, albo, jako osoba inteligentna, doskonale zdaje sobie sprawę z tych braków, ale w ramach “cel uświęca środki” wierzy szczerze w swoją misję, więc pozwala sobie na prostackie uogólnienia i mieszanie poziomów. Wierni i tak to przyjmą bez szemrania i analizy.
Z kronikarskiego obowiązku, należy dodać, że kolejne dwa punkty wyliczanki autora, dotyczą nagród Templetona i przeprosin Jana Pawła II za proces Galileusza.
Co nam zostaje z głośnego wstępu w którym autor pisze, że “współistnienie nauki i religii tylko sporadycznie miało charakter pokojowy”? Spór heliocentryczny i teoria Darwina. Statystycznie dość nietęgo jak na 400 lat nauk nowożytnych. Reszta to konglomerat popkulturowych mitów, oraz niezrozumienia idei nauki.
Lepiej by autor wyszedł, a i objętościowo by się utuczył, gdyby wziął się za napięcia między nauką a ideologiami - np. bolszewicką, czy socjalizmem narodowym. Pole do popisu szerokie, wojna jak się patrzy, ofiary liczne, rozmiar prześladowania nieporównywalny a i w tępionych teoriach można przebierać - od fizyki i kosmologii, genetyki, ekonomii, po językoznawstwo. Tylko, jakby mało to modne, nieciekawe z definicji, prawda?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz