środa, 13 stycznia 2010

A szczęśliwym numerkiem dzisiaj jest....























W
ożywczym źródełku prawdy obiektywnej, jakim bez wątpienia jest Gazeta Wyborcza, pojawił się nowy nurt. Tyczy się on spraw starych, ale ujętych w nowym aspekcie- rzecz godna dostrzeżenia, zważywszy na dogmatyczne zacięcie panów dziennikarzy.


W skrócie - chodzi o globalne ocieplenie.


Do tej pory światli redaktorzy periodyku, edukowali krnąbrne, harde polskie społeczeństwo wedle prostej recepty. To niecny, godny pożałowania gatunek człowieczy odpowiada za opłakany stan pramatki Gai. Dlaczego? Bo naukowcy tak mówią. Mamy na to niepodważalne dowody. Dlaczego? Bo naukowcy je publikują. Dlaczego są one naukowe? Bo naukowcy są naukowcami, a nie domorosłymi czcicielami teorii spiskowych, czy podrzędnymi dziennikarzynami z konkurencyjnych tytułów.

Teoria wpływu antropocentrycznego CO2 na ocieplenie jest zatem naukowa a więc prawdziwa, naukowym namaszczeniem samych naukowców.


Tylko……co na to sama nauka?


By prawić uczenie o dowodach naukowych i straszyć argumentem z autorytetu („toć to prawda być musi, bo napisał to naukowiec, a co napisał, wydrukował w Nature”), trza pierwej wiedzieć jak funkcjonuje sama nauka.

Ów mechanizm postanowił przybliżyć czytelnikom artykuł „Czy nauka może kłamać”.


I przybliża to rzetelnie – a więc nie traktuje przymiotnika „naukowy” jak magiczną formułę, zaklętą w pyle, którym dmucha w oczy ciemnemu ludowi, przebrany w przepaskę biodrową z powyrywanych stron raportu IPCC, zawodzący świętym oburzeniem dziennikarz - ideowiec.

A więc:


Nauka bowiem nigdy pewności nie daje. Co więcej, wcale nie jest powiedziane, że naukowcy w sprawie ocieplenia klimatu się nie mylą.


Nie daje, bowiem „prawda” w nauce to zupełnie coś innego (zgodność praw w ramach przyjętej teorii), niż „prawda” w filozofii, a więc niepostrzeżenie – także naszym światopoglądzie (mający wydźwięk absolutny i dogmatyczny, bowiem służący budowaniu naszych osobistych, subiektywnych wartości). Podobnie jak i insze pojęcia, jak np. „poznanie”.

No ale jedźmy dalej.

Następnie redaktor zauważa, że naukowcy mogą i wielokrotnie się mylili, że dawali się uwieść owczemu pędowi, że mają uczucia i emocje itd. Sie wie.


Nauka może nie jest idealną metodą badania rzeczywistości i wyrabiania sądów o niej, ale lepszej nie znamy


I znowu wypada się zgodzić – przynajmniej w kwestiach w jakich nauka o rzeczywistości stara się wypowiadać. Jest więc może mechanizmem podatnym na uszkodzenia i różne zwieszki, ale mechanizmem który działa i to całkiem sprawnie. Nauka to zatem fajna sprawa. Sie wie.

I nagle, niespodziewanie na arenę wykładu o nauce wkracza sprawa globalnego ocieplenia.


Raporty Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC) są esencją wszystkich publikowanych prac naukowych dotyczących zmian klimatu (również tych nielicznych, które podważają wpływ człowieka na klimat). To nasza zbiorcza wiedza, jak zawsze niepełna i nie do końca pewna. Ostatni raport ocenia na ponad 90 proc. prawdopodobieństwo tego, że za ocieplenie odpowiedzialna jest emisja CO2 spowodowana działalnością człowieka.


Pytanie do szacownego redaktora mam zatem ja – czy teoria unifikująca cztery podstawowe siły znane nam we wszechświecie, która połączyła dotychczas tylko dwie z nich jest prawdopodobna na 50%? Jak uda się włączyć kolejną to będzie na 75%? Model standardowy cząstek elementarnych - na ile redaktor wylicza prawdopodobieństwo, że jest prawdziwy? Na 95%? Może 87%? I jakie kryterium oceny sobie wyznacza? W przypadku doświadczalnego wykrycia bozonu Higgsa, to teoria owa będzie potwierdzona w 100%? A może 99%? A jeżeli w 100 % (w co zapewne sam autor wątpi) to jak ta ocena ma się do deklaracji, że nigdy pewności mieć nie będziemy?


Czy nauka stawia tezy których prawdziwość szacuje się procentowym rozkładem prawdopodobieństwa? Może autor takowe wskazać?


Czy redaktor nie widzi logicznego suchara w swym rozumowaniu – skoro przyjmuje procentowe prawdopodobieństwo, to musi ustalić naukowe kryterium jego oceny, a te z racji konstrukcji nauki (nigdy pewności mieć nie będziemy) jest sprzeczne z procentowym szacowaniem, ponieważ te opiera się na skończonej i znanej liczbie przypadków, na podstawie której sobie szacujemy. Czyli z elementów, których nie mamy w nauce do dyspozycji. Możemy sobie wyznaczyć prawdopodobieństwo teorii o tym, że rzucając sobie kostką, będzie nam wypadać 5 i 6. Bo znamy ich rozkład. Wiemy ile ścianek ma kostka (przyjmujemy, że 6) – czy wiemy ile ścianek ma kostka klimatyczna? Ile rzutów wykonaliśmy i czy są reprezentacyjne? Czy my w ogóle rzucamy kostkami, a jeżeli rzucamy to iloma? Nie wiemy. I sam autor zdaje sobie sprawę z tego.


Oczywiście możemy przyjąć, że to poetyckie porównanie, pewna metafora, którą IPCC się posługuje, by uzmysłowić skalę zagrożenia. Ale należy pamiętać, że panel ów nie jest gremium naukowym – naukowcy tylko w nim zasiadają, a raporty to dzieło (często zgniłego) kompromisu.


A skoro szacunkowość raportów nie jest naukowa, a wynik to metafora – to po kiego szanowny redaktor pisząc o zaufaniu nauce posiłkuje się metodologią, który z nauką nie ma nic wspólnego? Jego teza by zaufać nauce opiera się na nienaukowym argumencie. Szkoda.


Naukowców zostawmy w spokoju. Niech robią swoje.


Ano właśnie. Zostawmy w spokoju. :)

między nami robalami

-Lubisz się przytulać?-zastrzygł czułkami, wdrapując się na poręcz ławki.
-Pewnie- zmrużyłem oczy nie zmieniając pozycji smażącego się legwana.
Zaszurał niecierpliwie chityną i skrzypnął-Ale dlaczego?
-Bo czuje się wtedy bezpiecznie - odparłem. Ale po chwili wyszczerzyłem zęby - To wersja dla wrażliwych pensjonariuszek. A prawda jest taka, że mam wieczny katar sienny i nie lubię wycierać nosa we własne ramię.
Zamarł na chwilę.
-Cynizm nie do pomyślenia w moim środowisku.
-Dlaczego, nie macie cyników?
-Nie, nie mamy nosów

Na żywo z Golgoty


Jakoś tak zawsze jest, że na święta bożonarodzeniowe w prasie pojawia się wysyp artykułów o osobie Jezusa Chrystusa. Zawsze są to te same artykuły, które pojawiły się rok wcześniej, najczęściej upgrade’owane o parę nowinek, też nieświeżych, ale odpowiednio kontrowersyjnych. O ile temat twórcy chrześcijaństwa jest w mediach dawkowany sezonowo, na najróżniejszej maści forach kwitnie sobie w najlepsze cały rok.

Argumenta serwowane w dyskusjach mają najczęściej posmak antyklerykalny (nie ateistyczny, wbrew wyobrażeniom wielu), choć z pretensjami do bycia naukowymi.

Na przekór zamierzeniom krytyków istnienia postaci historycznej jaką był Chrystus, metodologia badań jaką stosują, tylko pozornie trzyma się kupy. Po bliższym w niej zabełtaniu, nad okolicą unosić się zaczyna nieprzyjemny fetorek, a nad całością zawisa chmara much. Taki to los kupy.
Wdepnijmy w nią i my:

Nie można, wedle krytyków, uznać dowodów na istnienie Jezusa bo:

1. Nowy Testament jest niewiarygodny, bo po brzegi wypełniony bajkami o cudach.
2. Nowy testament jest niewiarygodny, bowiem jest sprzeczny z aktualną wiedzą z zakresu historii.
3. Nowy Testament i piśmiennictwo chrześcijańskie jest niewiarygodne, bo pisane przez samych zainteresowanych, „z ich punktu widzenia”
4. Źródła pogańskie się nie liczą bo powstały „kilkadziesiąt/kilkaset” lat po wydarzeniach, podobnie jak dokumenty chrześcijańskie.

Pięknie. Jasno. Czytelnie. Zabawmy się teraz i zastosujmy owe kryteria do inszych wydarzeń, z mniejszym współczynnikiem zabarwienia ideologicznego.

To może, coś oczywistego, może Zjazd Gnieźnieński? To ten na którym Otton III przyjechał do grobu i relikwii zamęczonego św. Wojcecha, (podobno) świecko koronował Bolesława Chrobrego, powołano arcybiskupstwo w Gnieźnie ( pod zarządem brata męczennika Gaudentego ), biskupstwa w Kołobrzegu, Krakowie, Wrocławiu. To na nim Unger biskup poznański wniósł sprzeciw kanoniczny. Tyle w skrócie.

Podstawowymi źródłami są tu: Kronika polska Galla Anonima, Kronika Thietmara z Mersenburga, Roczniki Hildesheimskie. Bez nich nie wiedzielibyśmy praktycznie nic.
Co wiemy z owych źródeł:

Kronika polska Galla Anonima: powstała ponad wiek później od opisywanych wydarzeń, jest hymnem pochwalnym na cześć Kazimierza Krzywoustego i Bolka Chrobrego (który ma stanowić wzór dla dobroczyńcy Anonima), jest więc ideologicznie zależna. Na nieszczęście posiadamy tylko trzy jej rękopisy, który najstarszy pochodzi dopiero z XIV w. Nie spełnia więc punktu 3 i 4. Nie spełnia też punktu 1, bowiem Gall czerpie mnóstwo radości w opisywaniu cudów (a to cudownego rozmnożenia prosiaka, a to widmowych rycerzy) i anegdotkach, przytacza rozmowy, przy których być nie mógł, całość czyta się jak bajkę, a nie kronikę z naszego punktu widzenia. Więc? Do kosza!:)

Kronika Thietmara: biskup Mersenburga jako współczesny Chrobremu wydaje się być zacnym źródłem. Musimy jednak trzymać się naszych kryteriów i uczciwie odnotować jego wrogie nastawienie do Polaków (jest wiernym zausznikiem Henryka II), które popychać go może do zatajania, tudzież manipulowania faktami. A my jako posiadacze poglądu naukowego i programowo sceptycznego – nie ufamy i węszymy podstęp. Zatem – podpada pod punkt 3 (zależność ideologiczna). Natomiast przekreśla go zupełnie punkt 1, Kronika jest katalogiem najdziwniejszych sytuacji paranormalnych i cudacznych cudownych cudów, w których spisywaniu biskup się lubuje. Wielokrotnie też myli się i pisze zwykłą nieprawdę (na dzień dobry np. w I Księdze podlizuje się władzy, pisząc iż Henryk I był cesarzem). Więc – punkt 2. Nie dość, że bajkopisarz, to jeszcze kłamczuszek:)

Roczniki Hildesheimskie: z 1000 roku, więc dotyczą interesującego nas okresu (taki Gall Anonim zupełnie nie interesuje się datami). Tylko co oni tam powypisywali!? Arcybiskupstwo nie w Gnieźnie, tylko w Pradze, inicjatywa nie Bolesława Chrobrego, tylko Bolesława Czeskiego! No, ale skoro odrzuciliśmy poprzednie źródła, to wypada zaakceptować te (na złość głupim historykom, którzy prócz nielicznych wyjątków np. Frieda i Wasilewskiego, akceptują wersje Anonima i Thietmara). Ale nie upadajmy na duchu! Roczniki owe, to późna kompilacja, wyciąg z zaginionego oryginału dopiero z roku 1065. Poza tym z licznymi interpolacjami. A więc tekst zmanipulowany. Możemy więc z ulgą i te źródło wywalić do kosza.

I co nam zostanie ze Zjazdu Gnieźnieńskiego po zastosowaniu kryteriów jakie zastosowaliśmy wcześniej do twórczości chrześcijańskiej, żydowskiej i pogańskiej tyczącej się historycznego Chrystusa? Ano nic:)

Gratuluję i cieszy mnie okrutnie fakt, że owa metodologia nie przyjęła się powszechnie, bo nic po prawdzie nie wiedzielibyśmy o swojej przeszłości:)

W sumie, ciekawe jest to negowanie istnienia Jezusa. Nawet czołowy antyklerykał Deschner , z bólem, ale przyznaje fakt istnienia Chrystusa. Wspomina, że moda na odrzucanie istniała w XVIII i XIX w., propagowana przez kilku ( pośledniejszych ) teologów, zamarła w latach 20. XX w. Obecnie, licząc teologów, tylko jedno znane (jak twierdzi Deschner) nazwisko obstaje przy tej tezie. Oczywiście zostaje nam jeszcze historiografia marksistowska, ale i ona po pewnym czasie przestała upierać się, że Chrystus nie istniał, nie żył, nie nauczał i generalnie to patchwork chrześcijańskich manipulatorów (potwierdza to Jaczynowska ).

Ale skansen, jak widać, trwa i ma się całkiem nieźle:)

wtorek, 12 stycznia 2010

Ewangelia wg św. Camerona







By nie pozostać w tyle nad Avatarem Dżejmsa Kamerona pochyliła się ostatnio Polityka. W artykule "Avatar: przyszłość bez człowieka" redaktor zdekonstruował metaficzyny fenomen zerojedynkowej sraczki o niebieskich ludzikach.

Wiadomo, jakie jest życie - człowiek zapracowany i przygnieciony do gleby codziennymi obowiązkami, niechybnie przeoczy całe bogactwo intelektualne nowego dzieła Camerona. Nie lękajta się jednak szara, nieczytająca, bezrefleksyjna tłuszczo - w sukurs idzie nam tekst pana Bendyka. Wyłoży on zatem całą prawdę o tym czym jest Avatar - a jest wielopoziomowym, błyskotliwym intertekstualnym traktatem o człowieczej kondycji. Zgani malkontentów, którzy śmiali marudzić na seansie. I zada parę lektur obowiązkowych do domu.
A na początek:

Akcja filmu toczy się na Pandorze, odległej planecie, na którą ludzie przybywają po surowce potrzebne dla dalszego trwania cywilizacji.


Jak się już dekonstruuje motywy i przekaz jakiejś fabuły, to warto wiedzieć, gdzie się owa nie dzieje. A nie dzieje się na planecie Pandora. Pandora to w filmie Camerona nie planeta, tylko księżyc. I tak - czepiam się- ale to jasno wynika z samego filmu. Więc pisze się spory artykuł na temat filmu, którego nie obejrzało się dokładnie. A fe.

Worthington, alias Sully, przeskakuje między swym biologicznym, ludzkim miejscem zamieszkania a wirtualnym ciałem avatara dowodząc, że w XXI w. wszelkie granice, włącznie z międzygatunkowymi, mają jedynie umowny charakter.

Ciało avatara nie jest wirtualne. Jest jak najbardziej materialne, to żywe mięcho, acz niebieskie. Wirtualny, a więc nierzeczywisty, naśladujący tylko rzeczywistość (lub ją na nowo definiujący) jest najwyraźniej słownik pana redaktora i jego pojęcie słowa "wirtualny". A może chodzi o fakt, że Worthington wciela się wirtualnie w postać Sullego? No pięknie - jak zatem odszyfrować znaczenie tego całego, wielokrotnie złożonego zdania? Postmodernistyczna, błyskotliwa gra z czytelnikiem?:)

Postaci bohaterów, zarówno realnych, jak i wirtualnych, pozbawione są jakiejkolwiek psychologicznej głębi, a sama historia oprócz bajkowych wątków przetwarza większość tropów skonsumowanych już wielokrotnie przez kino i kulturę popularną. (...) Niby to wszystko prawda, czy jednak najwspanialsze efekty specjalne wystarczą, by zwabić do kina tłumy widzów, z których, jak policzyli skrzętnie Amerykanie, ponad 60 proc. stanowią ludzie w wieku przekraczającym 25 lat?

Ani chybi, w dalszej kolejności błyskotliwej analizy doczeka się "M jak miłość" którą Dwójka zwabia przed ekrany 8,5 mln ludzi w przedziale wiekowym, podobnym do tego z Avatara (o ile jest prawdziwy). Mam nadzieję, że i tu w fabule autor odnajdzie jakieś antropologiczne i filozoficzne tropy posthumanistyczne.
Swoją drogą, pan Bendyk stara się dowartościować Avatara sugerując, że wali na niego drzwiami i oknami widownia bardziej dojrzała, inteligentniejsza, bo mająca ćwierćwiecze na karku. Panom z Pixara na pewno zrobiło się smutno i poczuli się niedocenieni, bowiem potrafią zainteresować swymi produktami pełną rozpiętość kinomanów- od wnuczka po dziadka. Nie traktując tych najmniejszych jak bezrefleksyjnych idiotów. Jak mawiał klasyk - jak pisać bajki? Tak samo jak dla dorosłych, tylko lepiej:)


Czy James Cameron po to przez dziesiątki lat hodował swoje marzenie i czekał na odpowiedni moment, by w końcu stworzyć kolejną, banalną historię o walce dobra ze złem?

Syndrom liczb dziesiętnych - coś musi być przemyślane i intelektualnie atrakcyjne, bo czekało ileś dziesiąt lat. Film Camerona jest zachwycający, bo ma dziesiąt więcej efektów specjalnych niż pozostałe, jest majstersztykiem, bo ma ileś dziesiąt więcej efektów 3d. Jest monumentalny bo wydano ileś dziesiąt więcej zielonych, niż inne filmy. Jest przełomem, bo jak sam autor powiada: "Ponad połowę materiału filmowego „Avatara” wykreowały komputery, zaledwie 40 proc. ma źródło w „żywej akcji”."
Żyjemy zatem w czasach, gdzie ileś dziesiąt warta akcja PRowa, nauczyła nas myśleć ilościowo, a nie jakościowo.

A jaka jest odpowiedź na powyższe pytanie? Odpowiada sam Cameron - w połowie lat 90. film kosztowałby 400 mln, wiec czekał na rozwój techniki. Banalna historia nie stała się mniej banalna, bo autor czekał aż mu taniej wyjdzie jej opowiedzenie.

Na korzyść Camerona, a przeciwko jego przemądrzałym krytykom przemawiają nie tylko płynące szerokim strumieniem dolary ze sprzedaży biletów.

Powracający argument o ilości widzów, na pierwszym lepszym forum, pryszczaty nastolatek skomentowałby starym, sprawdzonym: "ludzie jedźcie gówno, 100 mld much nie może się mylić." :)

Zresztą, interesująca jest sprawa związana ze sposobem argumentowania z malkontentami, którym film się nie podobał.
Argumenty owe budowane są na dogmatycznym, nie znoszącym sprzeciwu i dyskusji faktu, że ten film musi się podobać (niekoniecznie trza piać z zachwytu, ale trza być kontent po seansie).
Jeżeli się nie podoba, to fan takiego argumentowania nie szuka wad w samym filmie, albo argumentacji oponenta, ale w samym krytykującym - w tym wypadku, że malkontent jest przemądrzały.
To - panie redaktorze jest argument ad personam i w dyskusji to rzecz słaba.

Odbiór filmu można jednak usubtelnić, odwołując się do takich lektur ostatnich lat, jak „Świat bez nas” Alana Weismana, „The Revenge of Gaia” (Zemsta Gai) Jamesa Lovelocka czy „Upadek” Jareda Diamonda.


Toć i to można, sposobem autora, nazwać przemądrzałą nadinterpretacją dzieła Camerona. Usubtelnić w ten sposób można absolutnie wszystkie filmy, każdego gatunku i jakości. Jedyne co potrzeba to odpowiednia liczba przeczytanych książek i powierzchowne, wyjęte z kontekstu podobieństwa.

Tym oto sposobem rysunkowy Kapitan Planeta stanie się personalizacją lęków konsumpcyjnego, dostatniego, zachodniego społeczeństwa walczącym z miazmatami "wybujałego antropocentryzmu" jak mawia autor. A Wojownicze Żółwie Ninja, to przerysowana "redefinicja kultury rozwijającej się od setek lat w paradygmacie humanistycznym." Itd. itp.

Opracowania te burzą pogodny obraz ludzkiej cywilizacji, zbudowanej na biblijnym nakazie, by człowiek czynił sobie ziemię poddaną. Człowiek opuścił raj, przestrzeń boskiej harmonii wolnej od przemocy i namiętności, by w pełni realizować swoją naturę, zdolną zarówno do dobra, jak i zła.

"Przestrzeń boskiej harmonii" nie była wolna od przemocy i namiętności. Wprost przeciwnie - gdyby była wolna, nie pojawiłby się w niej grzech i ostatecznie wyjście i człowiecza tułaczka poza rajem. Człowiek nie "realizuje w pełni swej natury" poza rajem, ponieważ wedle obrazu jaki przytacza autor (a jest to obraz judeochrześcijański), realizować może się w pełni tylko w nim - raju, czyli miejscu, gdzie przebywa z Bogiem. Więc na przekór sugestiom autora, w pełni swą naturę człowiek zrealizował już w raju, co skutkowało jego eksmisją.

Nie wiadomo, skąd jednak wpadło człowiekowi do głowy, że w zamian za utratę raju ma stać się koroną i panem stworzenia, czymś w rodzaju boskiego namiestnika na ziemi.

Wiadomo skąd - z nakazu boskiego, jaki był mu dany w raju. Proste. Jeżeli trzymamy się konwencji judeochrześcijańskiej, to bądźmy konsekwentni i nie udawajmy, ze odpowiedzi nie ma, skoro jest wyłożona wprost.

Wybujały antropocentryzm skutecznie napędzał rozwój ludzkiej cywilizacji, stając się przy okazji podstawą dzielonego dość powszechnie przekonania, że celem istnienia świata jest obsługa człowieka i jego rosnących potrzeb. Oczy przedstawicieli Na’vi, patrzących w filmie Camerona na maszerujących pokonanych ludzi, mówią to, co Weisman, Lovelock i Diamond w swych książkach: przyszłość doskonale obejdzie się bez człowieka.

Oczy przedstawicieli Na'vi patrzących w filmie Camerona na maszerujących pokonanych ludzi mówiły coś zupełnie innego: tylko i wyłącznie dzięki pomocy ludzi (głównego bohatera et consortes) mają jakąkolwiek przyszłość. Zresztą była to scena potwornie naiwna, nielogiczna i prostacka emocjonalnie. Aż dziw, że ktoś na jej podstawie buduje jakieś tezy o człowieczej kondycji.

Nie chodzi bowiem o to, że człowiek zagraża ekosystemowi, on zagraża samemu sobie.

Banalny truizm, którym epatuje nas co drugi horror, film sf czy telewizyjny dramat ekologiczny klasy B, C i D. Tylko w przeciwieństwie do filmu Camerona, nie został nakręcony na dziesiąt i setek milionów i nie udaje, że ma jakiś głębszy przekaz.

Taką krytyką staje się „Avatar”, gdy filmowa opowieść podejmuje kolejne pytania dotyczące istoty natury człowieka i logiki rozwoju ludzkich społeczeństw: czy więcej w człowieku dobra czy zła? Czy dynamika kapitalizmu zależy od jego splotu z chciwością i przemocą, czy też możliwa jest mniej złowieszcza alternatywa?

Motyw poruszany miliony razy przez wszelakiej maści bajki, horrory, dramaty, sensacje, kryminały, filmy społeczne i nie tylko. Co ich różni od dzieła Camerona? Ano- nie powstały za dziesiąt i setek milionów. I nie są w 60% wygenerowane komputerowo.

Frederick Jameson, wybitny amerykański badacz współczesnej kultury, w książce „Archeologies of the Future” (Archeologie przyszłości) przypomina, że jak uczył Ernst Bloch, największy badacz utopijnego myślenia, utopia wyraża marzenie o lepszym świecie. Problem w tym jednak, że marzenie to wraz z budowaną na nim wizją alternatywnego, lepszego świata nie może oderwać się od aktualnej rzeczywistości. Byt, jak po marksowsku kwituje Jameson, określa nie tylko świadomość, lecz także marzenia. Dlatego właśnie próba realizacji utopijnych projektów kończy się zazwyczaj katastrofą, a alternatywa dla rzeczywistości staje się jeszcze gorsza od niej samej. I jednocześnie utopie okazują się przez swoje zakorzenienie w marzeniu niezwykle silnym instrumentem krytyki rzeczywistości.

Taką krytyką staje się „Avatar”,

Długi wywód, który można streścić w: jak człowiek buduje utopię, to zawsze dostanie w dupę. Bardzo to odkrywcze, bardzo świeże i na pewno po raz pierwszy eksploatowane w Avatarze. Pytanie - gdzie w dziele Camerona odnajdziemy motyw nieudanego eksperymentu stworzenia utopii? Bo, że Cameron chciał przedstawić pandoriańską komunę jako utopię - można się zgodzić. Ale ta utopia została w świetle fabuły i zamierzeniu reżysera obroniona. Jak się ma zatem powyższy cytat do treści filmu? Nijak. Za to można się pochwalić znajomością paru pozycji.


Człowiek wyrzucony z Pandory nie ma wyboru: musi wrócić na Ziemię. Przygotowując się do twardego lądowania pozbyć się musi pokusy antropocentryzmu, bo jeśli chce uratować swoje człowieczeństwo i swoją przyszłość, musi się zmienić w ekocentryka.


To jakieś nieporozumienie. Człowiek nie został wyrzucony z Pandory – przynajmniej dzielny nasz wojak się ostał. Przestał być człowiekiem? Ciekawe pytanie.

Powyższa teza budowana jest na straszliwie naiwnej, by nie rzec – dziecinnej scenie z filmu, którą obudowuje się pompatyczną (i modną) ideologią.


Ludzie nie muszą przyjmować postawy ekocentryka, nie muszą wracać na Ziemię – w samym układzie, gdzie tkwi księżyc Pandora, znajdują się inne księżyce gotowe do zamieszkania. Nie musza się zmieniać, by przetrwać, wbrew zapewnieniom autora, który używa wielkich słów, nie zauważając, jak fabularnie i psychologicznie jest to prostacka scena.

To, że ludzie nie muszą się zmieniać, nie likwiduje inszego problemu - czy jest to postawa właściwa.


Nie chodzi przy tym o wyniesienie na sztandary naiwnego ekologizmu. Sprawa jest poważniejsza, bo wymaga głębokiej redefinicji kultury rozwijającej się od setek lat w paradygmacie humanistycznym.


Mimo zapewnień, że nie chodzi o naiwny ekologizm, prócz paru zaklęć pozbawionych treści, autor nie serwuje nic w zamian. Poza tym – paradygmat zawsze będzie humanistyczny, bez tego gatunek homo sapiens nie przetrwa, udawanie, ze można to zmienić, to właśnie utopia.


Coraz trudniej go jednak bronić nie tylko ze względów praktycznych, lecz także w związku z coraz liczniejszymi dowodami, że granice między gatunkami i formami bytu są coraz bardziej płynne, podobnie jak w filmie Camerona płynne są granice między formami rzeczywistości, i jak nieuchwytna jest w istocie bariera dzieląca Ziemian od zamieszkujących Pandorę Na’vi.


Do czasu, aż autor nie przybliży swej myśli z całą odpowiedzialnością można rzec, że to bełkot.


Czy więc projekt stworzenia kultury ekocentrycznej i posthumanistycznej zarazem jest tylko kolejną utopią, której realizacja doprowadzi do katastrofy?


A w filmie doprowadziła do katastrofy? Nie. Skąd zatem pytanie? Nie wiem. Czy film opowiadał o próbie stworzenia kultury ekocentrycznej i poshumanistycznej, która się nie udała? Nie. Skąd zatem pytanie? Nie wiem.


Uczciwiej byłoby, gdyby autor napisał po prostu recenzję wspomnianych wyżej pozycji książkowych, a nie usiłował nadać im szerszy kontekst posiłkując się filmem, który nie ma takich aspiracji.


Scott Derrickson, pracujący nad ekranizacją „Raju utraconego” Johna Miltona, wie już jednak, że film, który trafi na ekrany w 2011 r., wykonany będzie techniką trójwymiarową.


Jest to swoiste smutne podsumowanie całego artykułu. Nie ważne co opowiadasz - bo i tak można to rozgrzeszyć w myśl– wszystko już było. Ważne jest jak opowiadasz, a konkretnie – jak technologicznie jest to zaawansowane. Zawsze można rozgrzeszyć to zaczarowanym – trzeba umieć wykorzystać „potencjał techniczny Fabryki Marzeń”, jak mawia autor.

Strasznie to dołujące.